wtorek, 25 grudnia 2012

IV Meduzy, Harpie i Lamie cz.I


Następnego dnia Liri obudziły wpadające przez okno promienie słońca. Znów ten sam sen. Biegnie przez las i goni ją istota w kapturze. Ale tym razem było inaczej, kiedy postać zdjęła kaptur Liriope ujrzała, że skrywa się pod nim Meduza. Stwór był bardzo podobny do tego, którego wczoraj widziała na parkingu. Ale zaraz... Widziała na parkingu? Przecież to też był sen. Co za bzdura! To nie mogło wydarzyć się naprawdę! Przecież Meduzy nie istnieją. No chyba, że takie w morzu, które parzą i są galaretowate.

W dobrym humorze, ciesząc się, że to wszystko okazało się tylko złym snem, Liriope wstała z łóżka i podeszła do szafy. Właśnie zakładała skórzaną ramoneskę i już miała wychodzić, kiedy spostrzegła, że na ziemi, obok kosza leży karteczka. Była to wizytówka, która została dołączona do listu od Niny. Rozzłoszczona dziewczyna wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami.

- Co ty wyprawiasz!? Musisz tak trzaskać!? Nieznośna dziewucha - powitał ją Benjamin, kiedy Liri wchodziła do kuchni.

- A jak Cyntia w środku nocy bije kryształy, to jest w porządku, prawda? - Spytała Liriope z drwiącym uśmiechem.

- Nic ci do tego jak zachowuje się twoja siostra - odburknął Benjamin znad gazety.

- Ona nie jest moją siostrą - warknęła Liri, rozsypując przy okazji płatki śniadaniowe na stół.

- Oczywiście, że jest! To twoja przyrodnia siostra i masz ją traktować z szacunkiem! - Krzyknął Ben, a jego twarz przybrała kolor dojrzałego buraka.

- Z szacunkiem?! Z SZACUNKIEM?! - Krzyknęła histerycznie Liriope - to JA jestem starsza! To ONA powinna mieć szacunek do MNIE! I to jej matka wdała się romans z żonaty facetem, to przez jej matkę moja nie żyje! - Liri gwałtownie odsunęła krzesło od stołu i wstała.

Wszystko stało się błyskawicznie. Benjamin podniósł się z miejsca, doskoczył do córki i rozwścieczony uderzył ją otwartą dłonią w twarz. Liri zatoczyła się do tyłu, trzymając pulsujący bóle policzek. Ale ojciec jeszcze nie skończył, podszedł do nie i uderzył ją pięścią w brzuch. Dziewczyna zgięła się w pó, a potem upadła na czworaka i zwymiotowała na kuchenną podłogę.

- Winę za śmierć Elizy ponosisz tylko i wyłącznie ty - wysyczał przez zaciśnięte zęby Ben i usiadł z powrotem do stołu.

Liri otarła usta wierzchem dłoni i łapiąc się blatu wstała.

- Gratuluję ci - powiedziała dziewczyna wychodząc z kuchni, a po chwili dodała drwiąco - tato.

Liriope zasznurowała glany i wyszła z domu trzaskając drzwiami. Najgłośniej jak umiała.

Dziewczyna szła szybkim krokiem, marzyła o tym, żeby znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego domu. Kiedy zbliżała się do przystanku, zauważyła, że ktoś tam jest. Podeszła parę kroków bliżej i rozpoznała postać. Na plastikowej ławeczce siedziała Nina, miała na sobie czarne jeansy, luźna koszulę w kratkę i czarne conversy, w ustach trzymała zapalonego papierosa. Kobieta pomachała do Liri, a ta zaklęła szpetnie pod nosem.

- Nie ładnie - powiedziała Nina, kiedy Liriope usiadła koło niej.

- Co nie ładnie? - odburknęła Liri.

- Przeklinać - Nina wypuściła dym nozdrzami i ponownie uniosła papierosa do ust.

- Ty też nie ładnie robisz - warknęła dziewczyna.

- A co ja robię nie ładnie? - Ciemnowłosa ściągnęła brwi,

- Palisz - rzuciła Liriope.

- Meduzy są odporne na nikotynę, alkohol i wszystkie narkotyki - roześmiała się Nina.

- Możesz dać mi spokój z tymi swoimi bajeczkami?! Naprawdę nie mam na to nastroju! - Krzyknęła poirytowana Liri.

- Dobrze wiesz, że to nie są bajeczki - powiedziała ze stoickim spokojem Nina i zaciągnęła się papierosem.

Liriope milczała, obserwowała kobietę z wózkiem po drugiej stronie ulicy, wyglądała na tak szczęśliwą. Niektórzy ludzie sprawiają wrażenie, jakby nie mieli żadnych problemów.

- Słuchaj, nie idziesz dziś do szkoły - zaczęła Nina, która także przyglądała się młodej mamie - zabieram cię... na przejażdżkę. Chcę ci coś pokazać, spodoba ci się.

- Nigdzie z tobą nie jadę - odparła Liri, która nie miała za grosz zaufania do tej kobiety o rosyjsko brzmiącym imieniu.

- Uwierz mi, że jedziesz - powiedziała potencjalna Rosjanka.

- Już ci mówiłam, że... - zaczęła Liriope.

- Myślałam, że chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o swojej matce - rzuciła Nina, podnosząc się z miejsca - ale skoro tak...

- Czekaj! Gdzie bym miała z tobą jechać? - Spytała dziewczyna.

- Wiedziałam - na twarzy Niny pojawił się uśmiech satysfakcji.

Chwilę później obie kobiety pędziły ulicami Londynu, siedząc w starym modelu porsche, który należał do Niny. Liriope nie była w nastroju do rozmowy, więc się nie odzywała, ale jej towarzyszka także nic nie mówiła. Po przebrnięciu przez liczne korki, dwukrotnym przejechaniu na czerwonym świetle, (bo Meduzy są nieśmiertelne) i pięciokrotnym zajechaniu drogi "zwykłym śmiertelnikom", na których Nina bezustannie narzekała, czerwone porsche skręciło w wąską, boczną uliczkę. Liri nie potrafiła określić, w której części Londynu się znajduje, a nazwy ulic nie wiele jej mówiły. Auto zostało zaparkowane i obie kobiety wysiadły na zewnątrz.

Liriope stała przed czymś, co wyglądało z zewnątrz jak opuszczony klub nocny. Betonowe schody prowadziły w dół, musiało być ich całkiem sporo, bo kiedy Liri spojrzała w dół, nie dostrzegła żadnych drzwi, a jedynie stopnie znikające w ciemności. Nad schodami wisiał szyld, na tle granatowego, rozgwieżdżonego nieba widniały błękitne litery: PRZESTWORZA NOCY. Meduzy, Harpie i Lamie.

- Meduzy, Harpie i Lamie? - Powiedziała na głos Liriope.

- Sama zobaczysz. Chodź - Nina pociągnęła ją schodami w dół, w ręce trzymała coś niebieskiego, co oświetlało im drogę.

Po pokonaniu ogromnej iloci stopni w końcu doszły do betonowego korytarza, który dwa razy zakręcał ostro w lewo, a potem raz w prawo i ostatecznie stanęły przed metalowymi drzwiami, na których ktoś wypisał niebieską, fosforyzującą farbą: WSTĘP WZBRONIONY DLA NOCNYCH ŁOWCÓW.

Nina podeszła do drzwi i położyła swoją dłoń na małym ekranie. Komputer wykonał skan dłoni kobiety i automatyczny głos oznajmił: NINA SLEPKOVSKY. Drzwi się otworzyły i kobieta przeszła przez nie, a Liri ruszyła za nią, ale ktoś zamknął jej przejście przed nosem. Nie bardzo wiedząc, co zrobić dziewczyna także położyła rękę na ekranie i po wykonanym skanie ten sam głos powiedział: WITAJ PO RAZ PIERWSZY, LIRIOPE FILORAI. CZEKALIŚMY, CÓRKO ELIZY. Drzwi rozwarły się na całą szerokość, a córka Elizy przekroczyła ich próg.

Notatka od autorki: Przepraszam, że tak długo nie dodawałam kolejnego rozdziału, ale sami rozumiecie - święta  A właśnie! WESOŁYCH ŚWIĄT! ;) Miłej lektury!

By Skull.

sobota, 22 grudnia 2012

ZWIASTUN








Patrzcie, co Skull stworzyła przez czwartek i piątek! : D

Istne arcydzieło : )

Komu się podoba? : D


Skull.

III Czerwona Świnia cz.II


Liri westchnęła i złapała za klamkę. Kiedy przekroczyła próg, dzwonek, który wisiał nad drzwiami obwieścił jej przybycie. Dziewczyna doznała szoku, kiedy zobaczyła, że bar jest pełen ludzi, ale jej uwagę przykuł także wystrój.  Wnętrze baru było wyjątkowo obskurne. Podłogę wyłożono białymi i czerwonymi płytkami w motyw szachownicy. Ściany pokryto bordową tapetą, która odklejała się przy suficie i podłodze. Zamiast zwykłych stolików było tu osiem boksów z czerwonymi kanapami. Na ścianach wisiały plakaty z nazwami lokalnych zespołów, podobiznami sławnych ludzi, planami metra, ale także z wizerunkami gwiazd porno. Widoczność była bardzo ograniczona, ponieważ w powietrzu unosił się gęsty dym. Prawie każdy z obecnych trzymał w ręce zapalonego papierosa.

A była to zbieranina ludzi wyjątkowo dziwnych. Na prawo od drzwi, przy automacie do gry stał staruszek, siwiuteńki i wychudzony, ubrany był w skórzane spodnie i kurtkę, nieprzerwanie przeklinał i kopał w maszynę, kiedy nie udawało mu się wygrać. W pierwszym boksie na prawo siedziały cztery kobiety. Każda z nich miała inny kolor włosów: jedna z limonkowym, druga z turkusowym, trzecia z fioletowym i czwarta z pomarańczowym. Przy barze łysa kobieta w kwiecistej sukni kłóciła się z kelnerką. Oprócz tego byli tam też trzej motocykliści, babcia z mnóstwem kolczyków, łysy mężczyzna w wysokich butach, kobieta w samym stroju kąpielowym i cała masa innych dziwaków.

Liriope nie była pewna, co zrobić, zastanawiała się, czy na pewno dobrze trafiła, ale ulica i numer się zgadzały, była tego pewna. Z pewnym wahaniem ruszyła w stronę wolnego boksu, obawiając się reakcji obecnych tu ludzi, ale nikt nie zwracał na nią uwagi, więc usiadła na kanapie i wsunęła się jak najdalej w głąb boksu. Po chwili podeszła do niej kelnerka z mnóstwem tatuaży i żółtymi włosami, na których miała czarne pasemka. Kobieta zostawiła na stole popielniczkę i menu, a potem odeszła. Liri pomyślała, że dziewczyna przypomina jej Pikachu ze względu na tą fryzurę i mocno pomalowane różem policzki.  

Liri rozejrzała się po sali i zaczęła się zastanawiać, która z tych kobiet jest Niną. Miała nadzieję, że nie jest to babcia z kolczykami lub blondynka w stroju kąpielowym, obie nie wyglądały przyjaźnie. Dziewczyna zajrzała do karty, spodziewała się, że znajdzie tam takie pozycje jak pieczone świnki morskie, zupa z karaluchów i surowe wiewiórki w sosie karmelowo – śledziowym. Ale okazało się, że w barze podawano głównie hamburgery i pizzę. Po krótkim namyśle stwierdziła, że bezpiecznie będzie zamówić Colę.

Liriope sączyła napój przez słomkę i gapiła się przez okno. Właśnie zaczął padać deszcz i nad miastem zebrały się ciemne chmury. Dziewczyna zaczynała się już niecierpliwić, od dwudziestu minut siedziała sama w barze pełnym czubków. W chwili, kiedy zamierzała poprosić o rachunek, a potem wyjść, do jej stolika podeszła kobieta.

Przybyła miała proste, ciemne włosy, które zebrała w kitkę. Jej rysy twarzy były wyjątkowo piękne, usta pełne, pomalowane różaną szminką. Kobieta była wysoka i szczupła. Miała na sobie czarne oficerki, jeansy, szary sweterek i ociekający wodą płaszcz przeciwdeszczowy.

- Nina Slepkovsky – powiedziała uśmiechnięta kobieta, podając Liri dłoń z pomalowanymi na czerwono paznokciami – przepraszam za spóźnienie.

- Liriope Filorai – siedząca przy stoliku uścisnęła wyciągniętą rękę.

Nina zdjęła płaszcz i usiadła naprzeciwko Liri, składając dłonie na stoliku i patrząc dziewczynie w oczy.

- To ja zostawiłam list w twojej skrzynce – zaczęła ciemnowłosa – zdaję sobie sprawę z tego, że masz do mnie mnóstwo pytań. I wiem, że ta sytuacja jest bardzo… dziwna. Ale pozwól mi wszystko wyjaśnić.

- Zamieniam się w słuch – odparła Liri, patrząc w ciemne oczy kobiety.

- Dobrze. Nazywam się Nina Slepkovsky i mam 534 lata. Odziedziczyłam po mojej matce identyczny pierścionek jak ty – Kobieta uniosła lewą dłoń, na której rzeczywiście nosiła identyczną biżuterię – a oprócz tego odziedziczyłam po niej dar. Jestem Meduzą. I ty też jesteś.

Liri wytrzeszczyła oczy. Co za stek bzdur? 534 lata? Meduza? Jak można być meduzą?

- Twierdzisz, że jestem galaretką z mackami, którymi mogę parzyć ludzi. Serio? I że masz 534 lata? – Liriope spojrzała na Ninę kpiąco – wiesz, to się leczy. Psycholog i te sprawy.

Nina wybuchła śmiechem.

- Galaretka z mackami! – Wykrzyknęła kobieta – nie o taką meduzę tu chodzi! Znasz, chociaż trochę mitologię? Meduza to jedna z córek Forkosa, kobieta z wężami na głowie.

- No tak… I twierdzisz, że my obie nią jesteśmy? -  Liri przewróciła oczami.

- Nie zupełnie nią. Jesteśmy jej potomkami – Nina miała śmiertelnie poważną minę – jesteśmy zmiennokształtne. Potrafimy zamieniać się w Meduzy, które są bardzo szybkie i zwinne, wzrokiem zamieniają żywe istoty w kamień i mają skrzydła, więc potrafią latać.

- Dość tych bzdur! Może i znałaś moją matkę, ale musiałaś od tego czasu oszaleć albo też moja mama dziwnie sobie dobierała znajomych – powiedziała, Liri, podnosząc się z miejsca.

- Zaczekaj! Mówię prawdę! – Krzyknęła Nina.

Ale Liriope zostawiła pieniądze za Colę na stoliku i już szła w kierunku drzwi, i wcale nie miała zamiaru zaczekać. Dziewczyna wyszła z baru. Powitał ją zacinający w twarz deszcz i silny wiatr. Ruszyła przed siebie, chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłym łóżku z kubkiem herbaty. Jednak ledwo zrobiła kilka kroków, a usłyszała, że ktoś ją woła. Z pewnością Nina. Liri odwróciła się na pięcie i chciała powiedzieć, żeby kobieta dała jej spokój, ale głos uwiązł jej w gardle…

Na parkingu stała, a raczej stało… Coś. Na głowie zamiast włosów miało wijące się, czarne węże. Oczy były żółte z pionowymi źrenicami, całe ciało pokryte było skórą gada w kolorze identycznym jak żywe „włosy”. Twarz była spłaszczona, w miejscu nosa widniały dwie pionowe szparki. Uśmiech odsłaniał drobne i przeraźliwie ostre ząbki. W miejscu paznokci były ostre i długie szpony. Zza pleców wystawały czarne, błoniaste skrzydła. Stworzenie miało na sobie ubrania i buty Niny.

Liriope stała jak zaklęta. Była w takim szoku, że nie mogła się ruszyć. Dopiero, kiedy istota zrobiła krok w jej stronę, dziewczyna otrząsnęła się. Odwróciła się i pobiegła przed siebie najszybciej jak tylko potrafiła.

Biegła aż do samego przystanku, gdzie wskoczyła do tramwaju, nie sprawdzając, jaki ma numer. Tam usiadła na plastikowym krzesełku. Była przemoczona do suchej nitki, włosy przykleiły jej się do twarzy, nogi drżały, serce waliło jak oszalałe, a płuca odmawiały posłuszeństwa. To nie mogła być prawda. To musiał być sen. To nie mogło się wydarzyć naprawdę. Zaraz się obudzi i wszystko będzie dobrze. Ale tramwaj jechał dalej, a Liri wcale się nie obudziła. Nie obudziła się też, kiedy przesiadała się do autobusu i kiedy szła do domu, i kiedy, zignorowawszy pretensje Marlene, że wnosi błoto do domu i jest cała mokra, szła do pokoju. 

 Zamknęła drzwi i drżąc na cały ciele z zimna i przerażenia, zaczęła ściągać mokre ubrania. Liri przebrała się w dresy i usiadła na łóżku. Rozczesując wilgotne włosy, które teraz były w totalnym chaosie, słuchała muzyki. To nie mogła być prawda. Musiało jej się coś przywidzieć. Tylko jej się zdawało. Jutro się obudzi i wszystko będzie normalnie. Ojciec będzie krzyczał. Marlene będzie narzekać. Cyntia będzie prosić o kolejną sukienkę, a Liri będzie zwykłą, szarą myszką. Będzie normalnie. Musi być. 

Notatka od Autorki: Wiem, trochę krótkie. Ale za to dużo się dzieje! Mam nadzieję, że spodoba wam się nawiązanie do mitologii. Piszcie, co o tym sądzicie : ) W zakładce "Postacie" pojawiła się już Nina : D Sprawdźcie jak wygląda! : )  

Skull. 
                                                                                      



środa, 19 grudnia 2012

III Czerwona Świnia cz. I


Liriope podekscytowana wbiegła na górę, przeskakując po dwa stopnie. Wpadła jak burza do pokoju i zatrzasnęła drzwi, jednym ruchem zasunęła zasuwkę i usiadła na łóżku. Przez chwilę wpatrywała się w kopertę, a potem rozerwała ją szybkim ruchem. Jej dłonie drżały, kiedy wyciągała i rozkładała kartkę papieru. Szybko przeczytała zawartość listu, a raczej ją pochłonęła. Oderwała wzrok od tekstu. Trudno było to nazwać listem, była to raczej krótka notatka. Liri ponownie prześledziła zawartość kartki, ale nie znalazła w niej nic nowego, co mogłoby wyjaśnić tą dziwną sytuację. Napisany czerwonym atramentem tekst brzmiał dokładnie tak:

Witaj, córko Elizy!

Wiem, że mnie nie znasz. Pewnie nie wiesz nawet o moim istnieniu.
Widziałam Cię dzisiaj w autobusie. Od razu Cię rozpoznałam.
Jesteś jej córką. Jesteś identyczna. Nosisz jej pierścionek.
Domyślam się, że nie wiesz, kim jesteś. Pokażę Ci.
Mamy więcej wspólnego, niż Ci się wydaje.
Dołączam wizytówkę miejsca.
Spotkajmy się o 17:00.

Nina

PS Znałam Twoją matkę.   


Rzeczywiście w kopercie znajdowała się także wizytówka.

W głowie Liriope kłębiły się steki pytań. Przecież doskonale wiedziała, kim jest. Co to znaczy, że nie wie, kim jest? I co ta Nina chce jej pokazać? Skąd niby znała jej matkę? I jak odnalazła jej miejsce zamieszkania? No i jak niby może mieć coś wspólnego z obcą kobietą?

W tej chwili rozległo się głośne pukanie do drzwi. Liri szybko wepchnęła list pod poduszkę i odsunęła zasuwkę.

- Jak zwykle się zamykasz! Nawet nie można do ciebie normalnie wejść – zrzędziła Marlene, przeciskając się w drzwiach obok Liri, która nie miała ochoty jej wpuścić – przesuń się, głupia! Przyszłam zabrać brudne rzeczy do prania!  

Narzekając pod nosem, zabrała kosz z brudną bielizną i wyszła, trzaskając drzwiami.

Liriope znów wyciągnęła spod poduszki list i ponownie zaczęła go czytać. Przyszło jej do głowy, że to jakiś głupi żart, ale przecież nikt nie wiedział, że pierścionek, który Liri nosiła, należał do jej matki. Nawet Lizzie i Vivien nie mogły tego wiedzieć. Eliza zostawiła go w szczelnie zapakowanym pudełku, które dała ojcu, ale Liriope wiedziała, że Benjamin nie zaglądał do środka, ponieważ prezent był oryginalnie zapakowany i zapieczętowany. Dopiero mała Liri złamała pieczęć, kiedy miała 13 lat.  

Później pomyślała, że to może być podstęp, ale specjalnie się tym nie przejęła. Jej życie i tak nie było jakieś szczególnie obfitujące w przyjemności, więc porwanie mogłoby być całkiem niezłym przeżyciem. Nie musiałaby oglądać Cyntii. Oczywiście nie myślała tak na poważnie, ale intuicja podpowiadała jej, że powinna zaufać Ninie.

Nina była osobą, która znała jej matkę! Oto Liriope dostała niepowtarzalną okazję, żeby dowiedzieć się czegoś o zmarłej mamie, a może nawet dostać jej zdjęcie lub jakieś rzeczy osobiste. Dziewczyna wiedziała, że myśli bardzo naiwnie, ale wiedziała też, że taka okazja więcej się nie powtórzy. Liriope była świadoma tego, że nie jest w stanie powstrzymać się przed pójściem na spotkanie.

Kiedy wykąpana i przebrana w piżamę leżała w łóżku, myślała o Ninie. Zastanawiała się jak wygląda tajemnicza kobieta i skąd może znać jej matkę. Długo nie mogła zasnąć nękana obawami związanymi z jutrzejszym dniem.
                                                                      
*

Koło drugiej w nocy Liriope obudził dźwięk tłuczonego szkła. Dziewczyna gwałtownie usiadła na łóżku. Przerażona wybiegła na korytarz.

Przy drzwiach frontowych stała Cyntia i gapiła się na rozbity, kryształowy wazon matki. Po chwili otrząsnęła się i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę schodów. Kiedy w końcu udało jej się wdrapać na górę, minęła Liri i ruszyła go łazienki, gdzie zwymiotowała głośno.

- Cyntusia znów wróciła pijana do domu – mruknęła pod nosem Liriope i wróciła do sypialni.

*

Następnego dnia, kiedy Liriope kończyła jeść naleśniki z dżemem, które Marlene zrobiła na śniadanie, Benjamin spojrzał na starszą córkę znad gazety i odchrząknął. Liri zesztywniała, wiedziała, co to oznacza. Ojciec zamierza jej coś powiedzieć. Z pewnością nie wróżyło to nic dobrego. Benjamin odchrząknął ponownie, a Liriope zesztywniała jeszcze bardziej.

- Twoja matka – zaczął ojciec, mówiąc powoli i przeciągając sylaby – ona też takie dostawała. Takie listy. Też były tak bezsensownie adresowane i też pisane ręcznie i atramentem – ojciec prychnął z pogardą – miałem nadzieję, że ty nie dostaniesz – tutaj zrobił dłuższą pauzę i po chwili dodał – wróć przed kolacją.

Matka też takie dostawała. To wyjaśniało fakt, że Benjamin nie spalił tego listu. Liriope była w szoku. „Wróć przed kolacją”? Co ojciec wiedział? I dlaczego nie nawrzeszczał na nią od rana?

- Dobrze – powiedziała skołowana Liri i podniosła się z miejsca.

W drodze na przystanek miała mętlik w głowie. Była tak pochłonięta rozmyślaniami, że nawet nie pamiętała, kiedy znalazła się w szkole. Trasę przystanek – szkoła pokonała automatycznie, nogi niosły ją same. Idąc do szafki wpadła na Lizzie.

- No! Nareszcie! Gdzie byłaś? Za dwie minuty dzwonek – Liz wyraźnie ulżyło na widok przyjaciółki – myślałam, że jesteś chora! Albo, że Cyntia zamknęła cię w kiblu! Halo! Tu ziemia do Liri!

- Tak, tak – Liriope nie miała pojęcia, co przed chwilą Liz powiedziała – muszę iść do szafki.

Liri zostawiła swoją przyjaciółkę na środku korytarza z dziwną miną i odeszła.
Kiedy wyjmowała podręczniki z szafki, wszystkie książki wypadły na ziemię. Dziewczyna jęknęła zrozpaczona i schyliła się, żeby je pozbierać. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek. Liriope pospiesznie zebrała porozwalane rzeczy. Klnąc pod nosem, ruszyła do klasy na lekcję francuskiego.

- Dzień dobry! Spóźniłam się na autobus. Przepraszam – krzyknęła Liriope, wpadając do klasy.

- Bonjour mademoiselle Filorai – odpowiedziała uśmiechnięta kobieta z ciemnymi włosami upiętymi w gładkiego koka – comment ca va?

- Merci, tout va bien – odpowiedziała Liriope i ruszyła w stronę ławki.

Francuski minął raczej spokojnie, matematyka też była luźna, na angielskim napisali sprawdzian, dwie historie wlekły się niemiłosiernie, ale za to odwołano ostatnią lekcję.

Równo z dzwonkiem Liri pożegnała się z Lizzie. Przez chwilę rozważała powiedzenie przyjaciółce, gdzie idzie, ale zrezygnowała z tego pomysłu, to była sprawa jej i jej matki i nie chciała nikogo w to angażować. Liri wyszła ze szkoły. Powitały ją radosne promienie słońca. Był pierwszy, naprawdę ciepły dzień. Z uśmiechem na ustach dziewczyna ruszyła na przystanek.

Dotarcie na miejsce było trudniejsze niż myślała. Najpierw jechała autobusem, a potem przesiadła się do tramwaju, przegapiła swój przystanek i wysiadła dopiero na następnym. Już z chwilą zejścia ze schodków tramwaju i postawienia stóp na ziemi poczuła, że to miejsce nie jest dobre. Kiedy szła w kierunku, gdzie powinien znajdować się wskazany adres, mijała specyficznych ludzi.

Pewien żul zaczepił ją i prosił o pieniądze, a kiedy odmówiła, stał się natrętny, uratowała ją czarnoskóra kobieta, która musiała go znać i kazała mu zostawić Liri w spokoju. Później zobaczyła staruszkę, która była tak pomarszczona, że jej skóra przypominała korę drzewa, kiedy babcia spojrzała jej w oczy, Liriope musiała powstrzymać się od krzyku. Kobieta miała całkowicie białe oczy, bez tęczówek i źrenic. Z pewnością była niewidoma. Przerażona dziewczyna przyspieszyła i zaczęła żałować, że postanowiła pójść na spotkanie.

Po jakiś dwudziestu minutach zabłądziła i nie miała pojęcia, gdzie jest, uratował ją GPS w komórce, którą łaskawie ofiarowała jej Cyntia, kiedy ojciec kupił jej najnowszego iPhona.

Ostatecznie o godzinie 16: 57 zmęczona Liriope stanęła przed budynkiem, którego adres znalazła w kopercie.

Dziewczyna stała naprzeciwko obskurnego baru fast food. Z wyblakłego szyldu szczerzyła się do niej różowa świnka, która musiała być logiem rudery. Neonowy, miejscami przepalony i mrugający napis głosił dumnie: „BAR CZERWONA ŚWINIA”.

- Czerwona świnia? – Powiedziała z niedowierzaniem Liriope i jeszcze raz rzuciła okiem na szyld, ale widniejące na nim zwierze nie zmieniło swojej barwy z różowej na czerwoną.

Liri westchnęła i złapała za klamkę. Przekroczyła próg, a dzwonek, który wisiał nad drzwiami obwieścił jej przybycie. 


Mała notatka od autorki: Jest więcej komentarzy, co bardzo mnie cieszy! : ) Nie przestawajcie! : D 
Będę też wdzięczna, kiedy polecicie mojego bloga swoim znajomym! : )
Jeśli ktoś chce być informowany o nowych rozdziałach to proszę, żeby napisał taką prośbę na adres: japonskiplomyczek@gmail.com 

Skull.

wtorek, 18 grudnia 2012

II Krew Vivien cz. II


Liriope pospiesznie wyszła i ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Idąc nierównym chodnikiem gorączkowo rozmyślała o tym, co przed chwilą się wydarzyło. Dlaczego tak zareagowała? Vivien wyglądała na przestraszoną jej reakcją. Szczerze mówiąc Liri jej się nie dziwiła, sama była w szoku. Normalni ludzie nie mają ochoty odgryźć komuś palca na widok kropelki krwi. Liri nigdy nie była normalna, ale nie była też psychopatką.

Po kilku minutach siedziała na przystanku. Plastikowa ławeczka nie była najwygodniejsza, ale według rozkładu do przyjazdu autobusu pozostało dziesięć minut, więc Liriope nie miała dużego wyboru. Obserwowała swoje trampki i bezwiednie bawiła się pierścionkiem.

Odkąd tylko dwa lata temu palce urosły jej do odpowiedniego rozmiaru, Liri nie ściągała srebrnego pierścionka z rubinowym oczkiem. Była to jedyna pamiątką po matce. Nie miała nawet jej zdjęcia, bo ojciec wszystkie spalił, kiedy dziesięcioletnia Liriope próbowała ukraść album z jego gabinetu. Dlatego ten pierścionek stanowił dla dziewczyny niewidzialną więź ze zmarłą mamą. Chociaż w jej mniemaniu było to głupie i nigdy nikomu się do tego nie przyznała, to wierzyła, że jest on swego rodzaju tarczą, która ją chroni.

Okazało się, że rozkład nie kłamał i po dziesięciu minutach dziewczyna jechała autobusem do szkoły. Wysiadając na swoim przystanku, spojrzała na zegarek i stwierdziła, że ma jeszcze pół godziny do rozpoczęcia lekcji, ale nie mając lepszego pomysłu, ruszyła w stronę szkoły.

Kiedy Liriope pchnęła szklane drzwi i przekroczyła próg, przekonała się, że korytarz pełen metalowych szafek jest pusty. Właśnie trwała pierwsza lekcja. Ruszyła przed siebie, a odgłos jej kroków niósł się pustym korytarzem. Liri przysiadła na drewnianej ławce między szafkami i czekała, czytając nową powieść fantastyczną ulubionej autorki.

Równo z dzwonkiem z klas powypadali uczniowie i po chwili na korytarzu zapanował zwykły, szkolny harmider.

- Hej, mała! – Wysoka i chuda Azjatka nachylała się nad Liri. Dziewczyna miała krótkie, czarne włosy i pomalowane czerwoną szminką usta. Skośne, ciemne oczy otoczyła czarną kredką.

- Cześć, Lizzie – Liri uniosła wzrok znad książki i stwierdziła, że jej najlepsza przyjaciółka ma dziś niespożyte pokłady energii, zawsze potrafiła to w niej rozpoznać.

- Jak leci? – Spytała Liz uśmiechając się szeroko, a potem kopnęła lekko swoim glanem tenisówki Liriope – gdzie masz glany?

- Marlene skonfiskowała mi je za krzyczenie w nocy – odparła Liri wstając z ławki.

- Krzyczałaś w nocy? Pogięło cię? Gruby musiał dostać szału – mówiła, Lizzie, kiedy przeciskały się przez grupkę wrzeszczących uczniów z młodszej klasy.

- Krzyczałam przez sen, Lizzie. A ojciec nawet się nie obudził. Za to Marlene dostała szału – zaśmiała się Liri – mam szlaban na jej ohydne desery. Straszne, co nie?

- Okropne. Będzie ci brakować spalonych ciasteczek i za słodkich budyniów – parsknęła Liz - lubię poniedziałki! Jedyny dzień, kiedy sześć na siedem lekcji mamy razem! Co mamy pierwsze?

- Angielski – odpowiedziała Liri, która też lubiła poniedziałki z tego samego powodu.

- Wiesz, jesteś dziś jakaś inna – Lizzie mierzyła przyjaciółkę wzrokiem – coś się stało?

Liriope i Liz przyjaźniły się od pierwszej klasy szkoły podstawowej i zawsze tak szczęśliwie się składało, że udawało im się pójść do tej samej szkoły. Była to głównie zasługa rodziców Lizzie, którzy bardzo kochali córkę i pozwalali jej samej wybierać szkoły, ale lubili też Liri i cieszyli się, że ich pociecha ma tak wspaniałą przyjaciółkę. Liriope zawsze z zazdrością patrzyła na ich rodzinny dom i zawsze czuła się w nim lepiej niż we własnym. Jednak nie był to ten negatywny rodzaj zazdrości i dziewczyna cieszyła się, kiedy Liz zapraszała ją do siebie.

- Wszystko w porządku. Jestem zmęczona, bo źle spałam – Liri uśmiechnęła się do przyjaciółki.

- Właśnie, dlaczego krzyczałaś przez sen? – Liz zrobiła podejrzliwą minę.

- Miałam okropny sen, – kiedy szły do klasy Liriope niechcący potrąciła jakiegoś dryblasa ze starszej klasy i ten posłał jej groźne spojrzenie.

- Ten, co zawsze? Las i istota w kapturze? – Lizzie posłała dryblasowi paskudny uśmiech zalatujący śmiercią i znacząco spojrzała na swoje glany.

- Tak – Liri pokiwała głową.

Przyjaciółki weszły do klasy i usiadły w swojej ławce, stojącej w ostatnim rzędzie.  Po chwili zadzwonił dzwonek i reszta uczniów weszła do klasy.

- Jak leci, lesbijki?! – Krzyknął wysoki blondyn do Liri i Liz, a klasa zawtórowała mu śmiechem.

- Idiota – mruknęła Lizzie do Liri, ale nie powiedziała nic na głos, nie miała zamiaru zniżać się do poziomu Adama.

Oczywiście Lizzie i Liriope nie były lesbijkami, ale z racji tej, że trzymały się zawsze razem i wyraźnie nie pasowały do reszty społeczeństwa, nieustannie były wyzywane. Ich odmienny styl rzucał się w oczy. Dziewczyny najczęściej ubierały się na czarno, nosiły glany i koszulki z nazwami zespołów, paznokcie malowały na czarno, a usta na czerwono. Chociaż akurat usta tyczyły się głównie Liz. Generalnie przyjaciółki były otoczone „dziećmi szpanu i techno” jak zwykły ich nazywać.

- Witam! Drodzy uczniowie! Mamy dziś piękny, wiosenny dzień – wykrzyknął od progu niski i siwy mężczyzna, wkraczając energicznie do klasy.

- Co ja widzę – szepnęła Liz na ucho przyjaciółce – stary Twain w dobrym humorze! Na pewno będzie o Williamie.

- William Shakespeare będzie dziś tematem naszej lekcji – zawołał z entuzjazmem nauczyciel, zapisując temat na tablicy.  

Lizzie i Liriope zachichotały, a cała klasa jęknęła głośno. William Shakespeare był najczęstszym tematem lekcji języka angielskiego.  

*

Po siedmiu godzinach męczarni Liriope i Lizzie z ulgą wydostały się ze szkoły. Pobiegły na przystanek i w ostatniej chwili wskoczyły do odjeżdżającego autobusu. Pierwsza wysiadała Lizzie, więc resztę drogi Liri spędziła słuchając muzyki. Kiedy wysiadła na przystanku zorientowała się, że nie widziała Cyntii w autobusie, ale w szkole też jej nie zauważyła. Z całą pewnością księżniczka udała się z matką, żeby wybrać sukienkę. Liriope westchnęła i ruszyła do domu.

Kiedy Liri przekroczyła próg domu, zobaczyła stojącą na korytarzu Cyntusię ubraną we wściekle różową sukienkę. Marlene krzątała się przy córce i poprawiała ewentualne niedoskonałości w wyglądzie Cyntii.

- Wychodzę na imprezę do Caroline – oświadczyła Cyntia, kiedy zobaczyła Liri – czyżbyś nie została zaproszona? Jaka szkoda.

- Wybacz, ale nie chodzę na spotkania odmóżdżonych kaczek – warknęła starsza dziewczyna.

- Liriope! Ostrzegam cię! – Powiedziała Marlene groźnym głosem.

- Kaczek? Dlaczego kaczek? – Zapytała Cyntia z głupią miną.

- Spójrz na swoje usta. Nie przypominają nic oprócz dziobu kaczki – westchnęła Liri.

- Chcesz, żeby ojciec się dowiedział? Nie będzie zachwycony, kiedy mu powiem, że brzydko się odzywasz do Cyntusi – Marlene patrzyła na Liri z dziką satysfakcją w oczach.

Liriope nie odpowiedziała. Wbiegła po schodach na górę i weszła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na zasuwkę, którą kiedyś zamontowała jej Lizzie, kiedy Liri przyszła do szkoły z nowym zestawem siniaków i powiedziała Liz, że ojciec znowu ją pobił. Tego samego dnia odważna Lizzie Tao wkroczyła do domu państwa Griffiths z wiertarką i zamocowała na drzwiach pokoju Liriope metalową zasuwkę. Kiedy Benjamin wrócił z pracy dostał szału, ale nie mógł pobić córki, kiedy ta zamknęła się w pokoju.

Liri rzuciła plecak na łóżko i usiadła przy biurku. Z plakatu wiszącego na ścianie, patrzył na nią Ronnie James Dio. Dziewczyna wyjęła podręczniki i zabrała się za odrabianie pracy domowej pod czujnym okiem Dio. Ona i Lzzie miały najlepsze stopnie spośród uczniów swojego rocznika. Ale oczywiście Benjamin udawał, że nie zna ocen córki.  

Kiedy Liriope odrobiła lekcje, pogrążyła się w lekturze książki. A gdy zaczął padać deszcz zamknęła usytuowane nad łóżkiem okno, żeby nie zmokła jej pościel. Popołudnie mijało leniwie i spokojnie. Jednak po powrocie Benjamina z pracy czar prysł.

- Liriope! Na dół! – Krzyknął ojciec wchodząc do domu.

Zastanawiając się, co takiego znowu zrobiła, dziewczyna zeszła na dół.

- Zdaje się, że przyszedł list do ciebie – wycedził przez zaciśnięte zęby Benjamin, wyraźnie rozzłościło go to, że ktoś ośmielił się zostawiać list jego córce – nie wiem, kim jest nadawca, ale ma wyjątkowo dziwny sposób adresowania swoich przesyłek! To z pewnością ta nienormalna Chinka, która zamontowała ci zasuwkę w sypialni dwa lata temu. Głupia dziewucha.

Liriope chciała powiedzieć, że Lizzie pochodzi z Japonii, ale ugryzła się w język. Wzięła od ojca kopertę, na której ktoś wypisał szkarłatnym atramentem:

Dziewczyna z kasztanowymi włosami.
Ubrana w dżinsy i czarną koszulkę z Joan Jett.
Na palcu nosi srebrny pierścionek z rubinowym oczkiem.  



Mała notatka od autorki: Mile widziane są wszystkie uwagi : ) Liczę na więcej komentarzy ; ) Zachęcam też do zapoznania się z zakładką "Postacie", którą znajdziecie w dziale "Strony" nad "Archiwum bloga" : ) 

Skull. 

II Krew Vivien cz. I


Łup! Ktoś gwałtownie otworzył drzwi z takim impetem, że uderzyły o ścianę. Gwałtownie obudzona Liriope usiadła na łóżku. W drzwiach stał jej tłusty ojciec.
                      
- Wstawaj, sieroto! – Wrzasnął Benjamin Griffiths – jak zwykle zaspałaś! Jesteś tak samo beznadziejna jak twoja matka!

Kochany tatuś rzucił córce mordercze spojrzenie i opuścił sypialnię. Liriope spojrzała na zegarek, który wskazywał szóstą rano. Lekcje miała dziś na dziewiątą.

Dziewczyna westchnęła i wygramoliła się z łóżka. Stojąc w samych majtkach i koszulce przed lustrem zastanawiała się właśnie, co ubrać, kiedy z dołu dobiegły wrzaski.

- Powiedziałem, że ci nic nie kupię! – Krzyknął Benjamin.

- Ale tatuuuuusiuuuu! Ja naprawdę potrzebuję nowej suuukienki! – Jak zawsze Cyntia zaczynała dzień od namawiania ojca na coś drogiego, – w czym ja pójdę na urodziny Caroline?

- Ben, nie powinieneś jej odmawiać! Dobrze wiesz, że to źle na nią wpływa! – Do rozmowy przyłączyła się Marlene.

Liriope westchnęła i podeszła do szafy. Wciągnęła ciemne dżinsy i założyła czarną koszulkę z Joan Jett. Zgarnęła szkolne książki do plecaka i wyszła na korytarz.

Po schodach właśnie wchodziła, tupiąc głośno Cyntia.

- Zjeżdżaj! – Warknęła blondynka i odepchnęła Liri na bok.

Liriope domyśliła się, że ojciec nie zgodził się na zakup nowej sukienki. W lepszym humorze, ciesząc się, że Cyntusia nie namówiła ojca na swój kolejny wymysł, zbiegła po schodach i weszła do kuchni.

- A tobie czemu tak wesoło? – Spytał groźnym głosem Benjamin.

Liriope wzruszyła ramionami i zabrała się do jedzenia płatków kukurydzianych z mlekiem. Rozwścieczona Marlene miotała się po kuchni i co jakiś czas rzucała Benjaminowi pogardliwe spojrzenia. Z całą pewnością w ramach zemsty Ben dostanie dziś kanapki z mniejszą ilością masła i z warzywami, których nie znosił.

- Cyntusia! Chodź na śniadanko! – Zawołała Marlene przesłodzonym głosem, którego używała tylko, kiedy mówiła do córki.

- Nie! Nienawidzę was! – Wrzasnęła z góry Cyntia.

- I widzisz, co narobiłeś?! – Powiedziała Marlene z wyrzutem.

Liriope była świadoma tego, że za chwilę w kuchni rozpęta się prawdziwe piekło, kiedy Cyntia zejdzie na dół i będzie tak długo płakać i wrzeszczeć dopóki nie dostanie swojej sukienki. Przez chwilę zastanawiała się czy zostać, żeby na to popatrzeć, czy lepiej ewakuować się póki jeszcze cała wina za furię Cyntii nie spadła na nią.  Ostatecznie spakowała kanapki do plecaka, założyła tenisówki i dżinsową kurtkę i wyszła z domu.

Wiosna nie była ulubioną porą roku Liriope, ale ten dzień był szczególnie ładny. Po błękitnym niebie leniwie płynęły pojedyncze chmurki, słońce z góry ogrzewało budzące się do życia rośliny. Delikatny wiaterek rozwiewał kasztanowe loki dziewczyny. Jej uwagę przykuły rosnące na skraju trawnika fioletowe kwiatki. Podeszła do nich i zerwała jeden, a potem przypięła go do kurtki. Liri westchnęła i zaciągnęła się świeżym zapachem wiosny. Dzień zapowiadał się całkiem dobrze. Spojrzała na zegarek. Siódma rano. Lekcje zaczynają się dopiero za dwie godziny. Dziewczyna ruszyła szybkim krokiem na przystanek autobusowy.

Państwo Griffiths z Liriope mieszkali w Londynie, w niewielkiej odległości od Highgate Cemetry. Obie córki Benjamina uczęszczały do prywatnej szkoły w pobliżu White City. Jednak teraz Liri wsiadła do autobusu, który jechał w stronę centrum. Zajęła miejsce przy oknie i ze słuchawkami w uszach oglądała migające za szybą obrazy.

Dziewczyna wysiadła kawałek przed centrum i dwie ulice dalej weszła do małego i ciemnego sklepu muzycznego. Od progu przywitała ją głośna muzyka i zapach gorącej czekolady.
Za kontuarem stała młoda dziewczyna o bladej cerze, mocno pomalowane, brązowe oczy były otoczone wachlarzem ciemnych rzęs. Blond włosy zostały upięte do góry. Przedstawicielka płci pięknej nosiła czerwony gorset z czarnymi zdobieniami i długą, czarną spódnicę. Na szyi miała zapiętą aksamitkę. Jej uroda zapierała dech w piersiach. 

- Liri! – Na widok wchodzącej do sklepu dziewczyny twarz blondynki rozjaśnił uśmiech.

- Vivien! – Liriope podbiegła do przyjaciółki, żeby ją uściskać.

- Masz ochotę na gorącą czekoladę? – Spytała pracownica sklepu muzycznego, ściszając muzykę – nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie! Co się stało?

- Mmm… Jasne, że chcę czekolady! Ojciec jak zwykle obudził mnie trzy godziny przed lekcjami, więc przyjechałam do ciebie, bo mam jeszcze dużo czasu do rozpoczęcia zajęć – powiedziała Liri grzebiąc w stosie płyt ACDC.

- Jak ja nienawidzę tego grubasa! – Krzyknęła z zaplecza Vivien, nalewając czekolady do kubka.

- Komu to mówisz? – Spytała Liri przewracając oczami - Oczywiście dzisiaj od rana Cyntia zaczęła błagać ojca o…

- Nie, nie! Daj mi zgadnąć! – Zawołała Vivi zamykając drzwi od zaplecza – Wiem! Prosiła o złotą wannę wypełnioną diamentami! Różowymi! Różowymi diamentami.

Liriope zaśmiała się głośno i wzięła kubek gorącej czekolady od przyjaciółki. Zauważyła, że dziewczyna zdjęła z nadgarstka czarny rzemyk, który zawsze nosiła.

- Nie, tym razem chciała sukienkę – Liriope upiła łyk czekolady – Vivi, gdzie jest twój rzemyk od Markusa?

- Zerwaliśmy – odpowiedziała blondynka, nie patrząc jej w oczy.

- Och… Tak mi przykro! Ale, co się stało?! – Liri wytrzeszczyła oczy i mało brakowało, a rozlałaby gorący płyn na kontuar.

- Znowu mi robił awantury… - Vivi opuściła wzrok – wiesz, jaki on był…

- Tak, wiem. Przykro mi – Liri zrozumiała, że nie należy drążyć tematu – A jak tam twoja siostra? Radzi sobie jakoś w Szkocji? – Zapytała siadając na stołku obok przyjaciółki.

- Przysłała mi kartkę! Chcesz zobaczyć? – Vivien zaczęła grzebać w leżących na kontuarze stosach kartek.

Liriope obserwowała dłonie przyjaciółki, czekając aż znajdzie pocztówkę. Nagle dziewczynę uderzył w nozdrza słony i metaliczny zapach. Vivi przypadkowo rozcięła opuszek palca jedną z kartek. Liri poczuła, że robi jej się gorąco, a krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach. Słono-metaliczny zapach stawał się silniejszy. 

Liri zerwała się z miejsca i wybiegła przez drzwi. Na dworze oparła o się ścianę i oddychała głęboko. Co to miało być? Nigdy wcześniej tak nie reagowała na widok krwi. Zrobiło jej się nie dobrze, kiedy uświadomiła sobie, że miała ochotę zlizać tą kropelkę z palca Vivien.

- Liri? Co się stało? – Spytała przestraszona Vivi wychodząc ze sklepu.

- Nic, nic – Liriope starała się uśmiechnąć, ale chyba nie bardzo jej to wychodziło – po prostu zemdliło mnie na widok krwi.

Vivien uniosła brwi, dobrze wiedziała, że Liri nie miała z tym wcześniej problemu.

- Chyba już pójdę, bo spóźnię się do szkoły - nadal nie czując się najlepiej, dziewczyna weszła do środka, żeby zabrać swoje rzeczy – Do zobaczenia później!

- Cześć! Uważaj na siebie! – Odpowiedziała przyjaciółka, ale nadal patrzyła na nią podejrzliwie.

Liriope pospiesznie wyszła i ruszyła w stronę przystanku autobusowego. 


Skull.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

I Liriope Filorai


Biegła. Nie oglądała się za siebie. Biegła. Wiedziała, że nie wolno jej patrzeć wstecz. Biegła. Słyszała, że goniąca ją postać zbliża się do niej. Rozpaczliwie starała się przyspieszyć. Czuła lodowaty oddech na karku. W nozdrza uderzył ją zapach dymu i wilgoci. Goniąca ją istota wydzielała ten charakterystyczny i dziwny zapach. Las rozmywał się przed oczyma, kiedy biegła po omacku po nie równej ścieżce, ale wiedziała, że to nic nie da, wiedziała, że to coś i tak ją dopadnie. Żeby tylko się nie potknąć o wystający korzeń, żeby tylko nie upaść. Biegła. Już widziała skraj lasu, już prawie tam była.

 Zimna dłoń złapała ją za kostkę i bez trudu powaliła na ziemię. Starała się krzyczeć, ale nie mogła, głos uwiązł jej w gardle. Wbiła paznokcie w ziemię, ale istota bez trudu zwlokła ją ze ścieżki i rzuciła pod drzewo. Próbowała zerwać się na nogi i uciec, ale postać kopnęła ją w brzuch i dziewczyna osunęła się do jej stóp. Teraz, kiedy istota kucnęła,  ich twarze znalazły się na tym samym poziomie i charakterystyczny zapach stał się intensywniejszy. Odór wdzierał się do jej płuc i dusił. Postać uniosła podobne do ludzkich dłonie do kaptura i powoli zaczęła go zsuwać z twarzy. I wtedy obraz zaczął się rozmywać… Jakieś głosy wykrzykiwały z daleka „Liri! Liriope!” Idą po nią, jest bezpieczna! Tutaj! Ratunku! Ale ziemia uciekała spod niej, obraz istoty zacierał się i znikał. Nie! Nie! Musi zobaczyć twarz! „Liri!” Jeszcze chwila! Nie! Ona musi zobaczyć! „Liriope!”
  
Liriope gwałtownie usiadła na łóżku i ujrzała rozwścieczoną twarz Marlene. 

- Liriope Filorai! Co ty na miłość boską wyprawiasz?! – głos Marlene drżał od gniewu.

 Dziewczyna nie zwróciła najmniejsze uwagi na słowa macochy. Intensywnie rozmyślała o swoim śnie. Znów, znowu śniło jej się to samo! Ten sam koszmarny sen!

 - Ty nieznośna dziewucho! Spójrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! To już trzecia noc z rzędu, kiedy wrzeszczysz i rzucasz się na łóżku! Diabeł cię opętał?! Mówię do ciebie, Liriope! – Marlene miała czerwoną twarz i sapała głośno, przypominając kościstego buldoga, któremu nie udało się złapać kota sąsiadów – Masz szlaban! Szlaban na… na… - z racji tej, że dziewczyna miała szlaban praktycznie na wszystko macocha nie mogła znaleźć dla niej odpowiedniej kary i zrobiła wyjątkowo tępą minę, próbując coś wymyślić. Najwyraźniej ta mina jej pomogła – Masz szlaban na desery! Nie dostaniesz deseru przez następne dwa tygodnie! Może to cię nauczy!

Bardzo z siebie zadowolona Marlene wyszła z sypialni, gubiąc po drodze dwa różowe wałki. Tak duży wysiłek intelektualny, jak wymyślenie kary dla Liriope musiał ją bardzo zmęczyć, bo po chwili do jednego chrapiącego za ścianą nosa dołączył kolejny.

Liriope usiadła na łóżku i spojrzała w okno. Co może oznaczać ten przedziwny sen? I kim, a raczej, czym jest ta postać? Po co chce ją schwytać? I dlaczego za każdym razem, kiedy istota ściąga kaptur obraz się rozmywa? Dziewczyna westchnęła zrezygnowana. Nie potrafiła odpowiedzieć na te pytania i nie znała nikogo, kto by jej pomógł. Właściwie nie znała nawet zbyt dużo osób, które by ją lubiły.

Ojciec uważał, że Liri ponosi odpowiedzialność za samobójstwo swojej matki i nigdy jej tego nie wybaczył. Z kolei, Liri miała za złe mamie, że ta popełniła samobójstwo dopiero po jej narodzinach, a nie będąc w ciąży. Ale doskonale rozumiała jej wybór, wiedziała, że matka nie wytrzymała psychicznie z ojcem, który był tyranem. Jednak nie potrafiła jej wybaczyć, że zostawiła ją z nim samą. Przecież mogły razem uciec, zacząć nowe życie. W ostateczności mogła też popełnić samobójstwo w ciąży. Liriope uważała, że nie przyjście na świat jest stanowczo lepszą opcją niż mieszkanie w tym przeklętym domu z Marlene, ojcem, (który zachowywał się agresywnie tylko wobec Liri i zdawał się jej szczerze nienawidzić) i ich przeklętą, młodszą o rok córką o imieniu Cyntia. Imię to kojarzyło się Liri z cynamonem, którego nie cierpiała, bo był dla niej stanowczo za słodki, o dziwo skojarzenie to idealnie pasowało do cynamonowej Cyntii.

Piętnastoletnia Cyntusia była chyba najgłupszą istotą, jaką widział świat, swoim brakiem inteligencji przewyższała nawet matkę, co było ogromnym (i chyba jej jedynym) osiągnięciem. Obie o platynowym kolorze włosów i z różowymi tipsami, co piątek chodziły do kosmetyczki i do fryzjera, a dwa razy w tygodniu uczęszczały do klubu fitness. Oczywiście nigdy nie zabierały ze sobą „córki ojca”, jak zwykły nazywać Liri.

Chociaż blondynki bardzo się starały, to nadal były okropnie brzydkie, czego zresztą nie były świadome. Cyntusia była dokładną kopią matki i miała ogromne niebieskie oczy, które mogłyby być ładne, gdyby nie fakt, że znajdowały się z dwadzieścia centymetrów od siebie, jej naturalnie wąskie wargi były pełne botoksu. Kiedy Cyntia się uśmiechała to wyglądała jakby za chwilę miała zwymiotować na swojego rozmówcę. Jej platynowa grzywka opadała na lewą część opalonej w solarium twarzy i sięgała aż koniuszka garbatego nosa.

Pomimo brzydoty Cyntii wszyscy w szkole uważali ją za najładniejszą dziewczynę, ponieważ chodziła w markowych rzeczach i z daleka świeciła diamentami jaśniej niż bożonarodzeniowa choinka. Swoje koleżanki obsypywała licznymi prezentami, które przywoziła z zagranicznych podróży. Kiedy państwo Griffiths wyjeżdżali na wakacje to Liri zostawała pod opieką sąsiadki. Oczywiście dziewczyna nie zaliczała się do „państwa Griffiths”, ponieważ nosiła nazwisko po matce.

Szesnastoletnia Liriope Filorai była dokładnym przeciwieństwem Cyntusi. Blada dziewczyna miała długie do pasa kasztanowe loki i duże, orzechowe oczy, które otaczały gęste i czarne rzęsy. Pełne i kształtne wargi z całą pewnością nie potrzebowały botoksu. Miała kości policzkowe jak modelki z kolorowych czasopism. A mały nosek był idealnie prosty.

Liri była piękna i w niczym nie przypominała swojego ojca z czarnymi, obciętymi na jeża włosami i niebieskimi oczami, które byłe zimne jak lód. W przeciwieństwie do żony i córek mężczyzna był bardzo otyły. Marlene i Cyntia wyglądały jak żywe szkielety. A Liri była szczupła, ale miała kobiece kształty.

Dziewczyna nie była w stanie znaleźć ani jednej wspólnej cechy wyglądu i charakteru ze współlokatorami. Jedynymi bliskimi dla niej osobami były jej najlepsza przyjaciółka Lizzie, z którą chodziła do klasy i starsza o dwa lata Vivien, która pracowała w sklepie muzycznym.

Liriope wstała z łóżka i podeszła do regału z książkami. Książki, czyli to, co Liri kochała, a czym Cyntia się brzydziła. Położyła się na łóżko i ze słuchawkami na uszach pogrążyła się w lekturze. Po jakimś czasie usnęła, a ze słuchawek, które wypadły jej z uszu cicho płynęły piosenki Slipknota, Nirvany i Iron Maiden.

Skull.