wtorek, 18 grudnia 2012

II Krew Vivien cz. I


Łup! Ktoś gwałtownie otworzył drzwi z takim impetem, że uderzyły o ścianę. Gwałtownie obudzona Liriope usiadła na łóżku. W drzwiach stał jej tłusty ojciec.
                      
- Wstawaj, sieroto! – Wrzasnął Benjamin Griffiths – jak zwykle zaspałaś! Jesteś tak samo beznadziejna jak twoja matka!

Kochany tatuś rzucił córce mordercze spojrzenie i opuścił sypialnię. Liriope spojrzała na zegarek, który wskazywał szóstą rano. Lekcje miała dziś na dziewiątą.

Dziewczyna westchnęła i wygramoliła się z łóżka. Stojąc w samych majtkach i koszulce przed lustrem zastanawiała się właśnie, co ubrać, kiedy z dołu dobiegły wrzaski.

- Powiedziałem, że ci nic nie kupię! – Krzyknął Benjamin.

- Ale tatuuuuusiuuuu! Ja naprawdę potrzebuję nowej suuukienki! – Jak zawsze Cyntia zaczynała dzień od namawiania ojca na coś drogiego, – w czym ja pójdę na urodziny Caroline?

- Ben, nie powinieneś jej odmawiać! Dobrze wiesz, że to źle na nią wpływa! – Do rozmowy przyłączyła się Marlene.

Liriope westchnęła i podeszła do szafy. Wciągnęła ciemne dżinsy i założyła czarną koszulkę z Joan Jett. Zgarnęła szkolne książki do plecaka i wyszła na korytarz.

Po schodach właśnie wchodziła, tupiąc głośno Cyntia.

- Zjeżdżaj! – Warknęła blondynka i odepchnęła Liri na bok.

Liriope domyśliła się, że ojciec nie zgodził się na zakup nowej sukienki. W lepszym humorze, ciesząc się, że Cyntusia nie namówiła ojca na swój kolejny wymysł, zbiegła po schodach i weszła do kuchni.

- A tobie czemu tak wesoło? – Spytał groźnym głosem Benjamin.

Liriope wzruszyła ramionami i zabrała się do jedzenia płatków kukurydzianych z mlekiem. Rozwścieczona Marlene miotała się po kuchni i co jakiś czas rzucała Benjaminowi pogardliwe spojrzenia. Z całą pewnością w ramach zemsty Ben dostanie dziś kanapki z mniejszą ilością masła i z warzywami, których nie znosił.

- Cyntusia! Chodź na śniadanko! – Zawołała Marlene przesłodzonym głosem, którego używała tylko, kiedy mówiła do córki.

- Nie! Nienawidzę was! – Wrzasnęła z góry Cyntia.

- I widzisz, co narobiłeś?! – Powiedziała Marlene z wyrzutem.

Liriope była świadoma tego, że za chwilę w kuchni rozpęta się prawdziwe piekło, kiedy Cyntia zejdzie na dół i będzie tak długo płakać i wrzeszczeć dopóki nie dostanie swojej sukienki. Przez chwilę zastanawiała się czy zostać, żeby na to popatrzeć, czy lepiej ewakuować się póki jeszcze cała wina za furię Cyntii nie spadła na nią.  Ostatecznie spakowała kanapki do plecaka, założyła tenisówki i dżinsową kurtkę i wyszła z domu.

Wiosna nie była ulubioną porą roku Liriope, ale ten dzień był szczególnie ładny. Po błękitnym niebie leniwie płynęły pojedyncze chmurki, słońce z góry ogrzewało budzące się do życia rośliny. Delikatny wiaterek rozwiewał kasztanowe loki dziewczyny. Jej uwagę przykuły rosnące na skraju trawnika fioletowe kwiatki. Podeszła do nich i zerwała jeden, a potem przypięła go do kurtki. Liri westchnęła i zaciągnęła się świeżym zapachem wiosny. Dzień zapowiadał się całkiem dobrze. Spojrzała na zegarek. Siódma rano. Lekcje zaczynają się dopiero za dwie godziny. Dziewczyna ruszyła szybkim krokiem na przystanek autobusowy.

Państwo Griffiths z Liriope mieszkali w Londynie, w niewielkiej odległości od Highgate Cemetry. Obie córki Benjamina uczęszczały do prywatnej szkoły w pobliżu White City. Jednak teraz Liri wsiadła do autobusu, który jechał w stronę centrum. Zajęła miejsce przy oknie i ze słuchawkami w uszach oglądała migające za szybą obrazy.

Dziewczyna wysiadła kawałek przed centrum i dwie ulice dalej weszła do małego i ciemnego sklepu muzycznego. Od progu przywitała ją głośna muzyka i zapach gorącej czekolady.
Za kontuarem stała młoda dziewczyna o bladej cerze, mocno pomalowane, brązowe oczy były otoczone wachlarzem ciemnych rzęs. Blond włosy zostały upięte do góry. Przedstawicielka płci pięknej nosiła czerwony gorset z czarnymi zdobieniami i długą, czarną spódnicę. Na szyi miała zapiętą aksamitkę. Jej uroda zapierała dech w piersiach. 

- Liri! – Na widok wchodzącej do sklepu dziewczyny twarz blondynki rozjaśnił uśmiech.

- Vivien! – Liriope podbiegła do przyjaciółki, żeby ją uściskać.

- Masz ochotę na gorącą czekoladę? – Spytała pracownica sklepu muzycznego, ściszając muzykę – nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie! Co się stało?

- Mmm… Jasne, że chcę czekolady! Ojciec jak zwykle obudził mnie trzy godziny przed lekcjami, więc przyjechałam do ciebie, bo mam jeszcze dużo czasu do rozpoczęcia zajęć – powiedziała Liri grzebiąc w stosie płyt ACDC.

- Jak ja nienawidzę tego grubasa! – Krzyknęła z zaplecza Vivien, nalewając czekolady do kubka.

- Komu to mówisz? – Spytała Liri przewracając oczami - Oczywiście dzisiaj od rana Cyntia zaczęła błagać ojca o…

- Nie, nie! Daj mi zgadnąć! – Zawołała Vivi zamykając drzwi od zaplecza – Wiem! Prosiła o złotą wannę wypełnioną diamentami! Różowymi! Różowymi diamentami.

Liriope zaśmiała się głośno i wzięła kubek gorącej czekolady od przyjaciółki. Zauważyła, że dziewczyna zdjęła z nadgarstka czarny rzemyk, który zawsze nosiła.

- Nie, tym razem chciała sukienkę – Liriope upiła łyk czekolady – Vivi, gdzie jest twój rzemyk od Markusa?

- Zerwaliśmy – odpowiedziała blondynka, nie patrząc jej w oczy.

- Och… Tak mi przykro! Ale, co się stało?! – Liri wytrzeszczyła oczy i mało brakowało, a rozlałaby gorący płyn na kontuar.

- Znowu mi robił awantury… - Vivi opuściła wzrok – wiesz, jaki on był…

- Tak, wiem. Przykro mi – Liri zrozumiała, że nie należy drążyć tematu – A jak tam twoja siostra? Radzi sobie jakoś w Szkocji? – Zapytała siadając na stołku obok przyjaciółki.

- Przysłała mi kartkę! Chcesz zobaczyć? – Vivien zaczęła grzebać w leżących na kontuarze stosach kartek.

Liriope obserwowała dłonie przyjaciółki, czekając aż znajdzie pocztówkę. Nagle dziewczynę uderzył w nozdrza słony i metaliczny zapach. Vivi przypadkowo rozcięła opuszek palca jedną z kartek. Liri poczuła, że robi jej się gorąco, a krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach. Słono-metaliczny zapach stawał się silniejszy. 

Liri zerwała się z miejsca i wybiegła przez drzwi. Na dworze oparła o się ścianę i oddychała głęboko. Co to miało być? Nigdy wcześniej tak nie reagowała na widok krwi. Zrobiło jej się nie dobrze, kiedy uświadomiła sobie, że miała ochotę zlizać tą kropelkę z palca Vivien.

- Liri? Co się stało? – Spytała przestraszona Vivi wychodząc ze sklepu.

- Nic, nic – Liriope starała się uśmiechnąć, ale chyba nie bardzo jej to wychodziło – po prostu zemdliło mnie na widok krwi.

Vivien uniosła brwi, dobrze wiedziała, że Liri nie miała z tym wcześniej problemu.

- Chyba już pójdę, bo spóźnię się do szkoły - nadal nie czując się najlepiej, dziewczyna weszła do środka, żeby zabrać swoje rzeczy – Do zobaczenia później!

- Cześć! Uważaj na siebie! – Odpowiedziała przyjaciółka, ale nadal patrzyła na nią podejrzliwie.

Liriope pospiesznie wyszła i ruszyła w stronę przystanku autobusowego. 


Skull.

2 komentarze:

  1. jak przeczytałam te dwa imiona; Vivien i Markus, to od razu skojarzyło mi się z ksziążką 'Dziewiąty mag'.. ._.
    Świetny rozdział..
    idę do następnego, bo widzę, że jest.. ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm... Nie czytałam. Są tam postacie o takich imionach? :) Jednak na dzień dzisiejszy nie planuję większego udziału Markusa w opowieści, ale mogę zmienić plany :D

    OdpowiedzUsuń