Biegła. Nie oglądała się za siebie. Biegła. Wiedziała, że
nie wolno jej patrzeć wstecz. Biegła. Słyszała, że goniąca ją postać zbliża się
do niej. Rozpaczliwie starała się przyspieszyć. Czuła lodowaty oddech na karku.
W nozdrza uderzył ją zapach dymu i wilgoci. Goniąca ją istota wydzielała ten
charakterystyczny i dziwny zapach. Las rozmywał się przed oczyma, kiedy biegła
po omacku po nie równej ścieżce, ale wiedziała, że to nic nie da, wiedziała, że
to coś i tak ją dopadnie. Żeby tylko się nie potknąć o wystający korzeń, żeby
tylko nie upaść. Biegła. Już widziała skraj lasu, już prawie tam była.
Zimna dłoń złapała ją
za kostkę i bez trudu powaliła na ziemię. Starała się krzyczeć, ale nie mogła,
głos uwiązł jej w gardle. Wbiła paznokcie w ziemię, ale istota bez trudu
zwlokła ją ze ścieżki i rzuciła pod drzewo. Próbowała zerwać się na nogi i
uciec, ale postać kopnęła ją w brzuch i dziewczyna osunęła się do jej stóp. Teraz, kiedy
istota kucnęła, ich twarze znalazły się na tym samym poziomie i
charakterystyczny zapach stał się intensywniejszy. Odór wdzierał się do jej
płuc i dusił. Postać uniosła podobne do ludzkich dłonie do kaptura i powoli
zaczęła go zsuwać z twarzy. I wtedy obraz zaczął się rozmywać… Jakieś głosy
wykrzykiwały z daleka „Liri! Liriope!” Idą po nią, jest bezpieczna! Tutaj!
Ratunku! Ale ziemia uciekała spod niej, obraz istoty zacierał się i znikał.
Nie! Nie! Musi zobaczyć twarz! „Liri!” Jeszcze chwila! Nie! Ona musi zobaczyć!
„Liriope!”
Liriope gwałtownie usiadła na łóżku i ujrzała rozwścieczoną
twarz Marlene.
- Liriope Filorai! Co ty na miłość boską wyprawiasz?! – głos
Marlene drżał od gniewu.
Dziewczyna nie
zwróciła najmniejsze uwagi na słowa macochy. Intensywnie rozmyślała o swoim
śnie. Znów, znowu śniło jej się to samo! Ten sam koszmarny sen!
- Ty nieznośna
dziewucho! Spójrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! To już trzecia noc z rzędu,
kiedy wrzeszczysz i rzucasz się na łóżku! Diabeł cię opętał?! Mówię do ciebie,
Liriope! – Marlene miała czerwoną twarz i sapała głośno, przypominając
kościstego buldoga, któremu nie udało się złapać kota sąsiadów – Masz szlaban!
Szlaban na… na… - z racji tej, że dziewczyna miała szlaban praktycznie na
wszystko macocha nie mogła znaleźć dla niej odpowiedniej kary i zrobiła
wyjątkowo tępą minę, próbując coś wymyślić. Najwyraźniej ta mina jej pomogła –
Masz szlaban na desery! Nie dostaniesz deseru przez następne dwa tygodnie! Może
to cię nauczy!
Bardzo z siebie zadowolona Marlene wyszła z sypialni, gubiąc
po drodze dwa różowe wałki. Tak duży wysiłek intelektualny, jak wymyślenie kary
dla Liriope musiał ją bardzo zmęczyć, bo po chwili do jednego chrapiącego za
ścianą nosa dołączył kolejny.
Liriope usiadła na łóżku i spojrzała w okno. Co może
oznaczać ten przedziwny sen? I kim, a raczej, czym jest ta postać? Po co chce
ją schwytać? I dlaczego za każdym razem, kiedy istota ściąga kaptur obraz się
rozmywa? Dziewczyna westchnęła zrezygnowana. Nie potrafiła odpowiedzieć na te
pytania i nie znała nikogo, kto by jej pomógł. Właściwie nie znała nawet zbyt
dużo osób, które by ją lubiły.
Ojciec uważał, że Liri ponosi odpowiedzialność za
samobójstwo swojej matki i nigdy jej tego nie wybaczył. Z kolei, Liri miała za
złe mamie, że ta popełniła samobójstwo dopiero po jej narodzinach, a nie będąc
w ciąży. Ale doskonale rozumiała jej wybór, wiedziała, że matka nie wytrzymała
psychicznie z ojcem, który był tyranem. Jednak nie potrafiła jej wybaczyć, że
zostawiła ją z nim samą. Przecież mogły razem uciec, zacząć nowe życie. W
ostateczności mogła też popełnić samobójstwo w ciąży. Liriope uważała, że nie
przyjście na świat jest stanowczo lepszą opcją niż mieszkanie w tym przeklętym
domu z Marlene, ojcem, (który zachowywał się agresywnie tylko wobec Liri i
zdawał się jej szczerze nienawidzić) i ich przeklętą, młodszą o rok córką o
imieniu Cyntia. Imię to kojarzyło się Liri z cynamonem, którego nie cierpiała,
bo był dla niej stanowczo za słodki, o dziwo skojarzenie to idealnie pasowało
do cynamonowej Cyntii.
Piętnastoletnia Cyntusia była chyba najgłupszą istotą, jaką
widział świat, swoim brakiem inteligencji przewyższała nawet matkę, co było
ogromnym (i chyba jej jedynym) osiągnięciem. Obie o platynowym kolorze włosów i
z różowymi tipsami, co piątek chodziły do kosmetyczki i do fryzjera, a dwa razy
w tygodniu uczęszczały do klubu fitness. Oczywiście nigdy nie zabierały ze sobą
„córki ojca”, jak zwykły nazywać Liri.
Chociaż blondynki bardzo się starały, to nadal były okropnie
brzydkie, czego zresztą nie były świadome. Cyntusia była dokładną kopią matki i
miała ogromne niebieskie oczy, które mogłyby być ładne, gdyby nie fakt, że
znajdowały się z dwadzieścia centymetrów od siebie, jej naturalnie wąskie wargi
były pełne botoksu. Kiedy Cyntia się uśmiechała to wyglądała jakby za chwilę
miała zwymiotować na swojego rozmówcę. Jej platynowa grzywka opadała na lewą
część opalonej w solarium twarzy i sięgała aż koniuszka garbatego nosa.
Pomimo brzydoty Cyntii wszyscy w szkole uważali ją za najładniejszą
dziewczynę, ponieważ chodziła w markowych rzeczach i z daleka świeciła
diamentami jaśniej niż bożonarodzeniowa choinka. Swoje koleżanki obsypywała
licznymi prezentami, które przywoziła z zagranicznych podróży. Kiedy państwo
Griffiths wyjeżdżali na wakacje to Liri zostawała pod opieką sąsiadki. Oczywiście
dziewczyna nie zaliczała się do „państwa Griffiths”, ponieważ nosiła nazwisko
po matce.
Szesnastoletnia Liriope Filorai była dokładnym
przeciwieństwem Cyntusi. Blada dziewczyna miała długie do pasa kasztanowe loki
i duże, orzechowe oczy, które otaczały gęste i czarne rzęsy. Pełne i kształtne
wargi z całą pewnością nie potrzebowały botoksu. Miała kości policzkowe jak
modelki z kolorowych czasopism. A mały nosek był idealnie prosty.
Liri była piękna i w niczym nie przypominała swojego ojca z
czarnymi, obciętymi na jeża włosami i niebieskimi oczami, które byłe zimne jak
lód. W przeciwieństwie do żony i córek mężczyzna był bardzo otyły. Marlene i
Cyntia wyglądały jak żywe szkielety. A Liri była szczupła, ale miała kobiece
kształty.
Dziewczyna nie była w stanie znaleźć ani jednej wspólnej
cechy wyglądu i charakteru ze współlokatorami. Jedynymi bliskimi dla niej
osobami były jej najlepsza przyjaciółka Lizzie, z którą chodziła do klasy i
starsza o dwa lata Vivien, która pracowała w sklepie muzycznym.
Liriope wstała z łóżka i podeszła do regału z książkami.
Książki, czyli to, co Liri kochała, a czym Cyntia się brzydziła. Położyła się
na łóżko i ze słuchawkami na uszach pogrążyła się w lekturze. Po jakimś czasie
usnęła, a ze słuchawek, które wypadły jej z uszu cicho płynęły piosenki
Slipknota, Nirvany i Iron Maiden.
Skull.
Fajne ..xD
OdpowiedzUsuńDziękuję :) za chwilę dodam pierwszą część drugiego rozdziału :D zachęcam do przeczytania
UsuńCudownie piszesz, po prostu rewelacja!
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa, co będzie dalej.
Czekam... ; )