poniedziałek, 17 grudnia 2012

I Liriope Filorai


Biegła. Nie oglądała się za siebie. Biegła. Wiedziała, że nie wolno jej patrzeć wstecz. Biegła. Słyszała, że goniąca ją postać zbliża się do niej. Rozpaczliwie starała się przyspieszyć. Czuła lodowaty oddech na karku. W nozdrza uderzył ją zapach dymu i wilgoci. Goniąca ją istota wydzielała ten charakterystyczny i dziwny zapach. Las rozmywał się przed oczyma, kiedy biegła po omacku po nie równej ścieżce, ale wiedziała, że to nic nie da, wiedziała, że to coś i tak ją dopadnie. Żeby tylko się nie potknąć o wystający korzeń, żeby tylko nie upaść. Biegła. Już widziała skraj lasu, już prawie tam była.

 Zimna dłoń złapała ją za kostkę i bez trudu powaliła na ziemię. Starała się krzyczeć, ale nie mogła, głos uwiązł jej w gardle. Wbiła paznokcie w ziemię, ale istota bez trudu zwlokła ją ze ścieżki i rzuciła pod drzewo. Próbowała zerwać się na nogi i uciec, ale postać kopnęła ją w brzuch i dziewczyna osunęła się do jej stóp. Teraz, kiedy istota kucnęła,  ich twarze znalazły się na tym samym poziomie i charakterystyczny zapach stał się intensywniejszy. Odór wdzierał się do jej płuc i dusił. Postać uniosła podobne do ludzkich dłonie do kaptura i powoli zaczęła go zsuwać z twarzy. I wtedy obraz zaczął się rozmywać… Jakieś głosy wykrzykiwały z daleka „Liri! Liriope!” Idą po nią, jest bezpieczna! Tutaj! Ratunku! Ale ziemia uciekała spod niej, obraz istoty zacierał się i znikał. Nie! Nie! Musi zobaczyć twarz! „Liri!” Jeszcze chwila! Nie! Ona musi zobaczyć! „Liriope!”
  
Liriope gwałtownie usiadła na łóżku i ujrzała rozwścieczoną twarz Marlene. 

- Liriope Filorai! Co ty na miłość boską wyprawiasz?! – głos Marlene drżał od gniewu.

 Dziewczyna nie zwróciła najmniejsze uwagi na słowa macochy. Intensywnie rozmyślała o swoim śnie. Znów, znowu śniło jej się to samo! Ten sam koszmarny sen!

 - Ty nieznośna dziewucho! Spójrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! To już trzecia noc z rzędu, kiedy wrzeszczysz i rzucasz się na łóżku! Diabeł cię opętał?! Mówię do ciebie, Liriope! – Marlene miała czerwoną twarz i sapała głośno, przypominając kościstego buldoga, któremu nie udało się złapać kota sąsiadów – Masz szlaban! Szlaban na… na… - z racji tej, że dziewczyna miała szlaban praktycznie na wszystko macocha nie mogła znaleźć dla niej odpowiedniej kary i zrobiła wyjątkowo tępą minę, próbując coś wymyślić. Najwyraźniej ta mina jej pomogła – Masz szlaban na desery! Nie dostaniesz deseru przez następne dwa tygodnie! Może to cię nauczy!

Bardzo z siebie zadowolona Marlene wyszła z sypialni, gubiąc po drodze dwa różowe wałki. Tak duży wysiłek intelektualny, jak wymyślenie kary dla Liriope musiał ją bardzo zmęczyć, bo po chwili do jednego chrapiącego za ścianą nosa dołączył kolejny.

Liriope usiadła na łóżku i spojrzała w okno. Co może oznaczać ten przedziwny sen? I kim, a raczej, czym jest ta postać? Po co chce ją schwytać? I dlaczego za każdym razem, kiedy istota ściąga kaptur obraz się rozmywa? Dziewczyna westchnęła zrezygnowana. Nie potrafiła odpowiedzieć na te pytania i nie znała nikogo, kto by jej pomógł. Właściwie nie znała nawet zbyt dużo osób, które by ją lubiły.

Ojciec uważał, że Liri ponosi odpowiedzialność za samobójstwo swojej matki i nigdy jej tego nie wybaczył. Z kolei, Liri miała za złe mamie, że ta popełniła samobójstwo dopiero po jej narodzinach, a nie będąc w ciąży. Ale doskonale rozumiała jej wybór, wiedziała, że matka nie wytrzymała psychicznie z ojcem, który był tyranem. Jednak nie potrafiła jej wybaczyć, że zostawiła ją z nim samą. Przecież mogły razem uciec, zacząć nowe życie. W ostateczności mogła też popełnić samobójstwo w ciąży. Liriope uważała, że nie przyjście na świat jest stanowczo lepszą opcją niż mieszkanie w tym przeklętym domu z Marlene, ojcem, (który zachowywał się agresywnie tylko wobec Liri i zdawał się jej szczerze nienawidzić) i ich przeklętą, młodszą o rok córką o imieniu Cyntia. Imię to kojarzyło się Liri z cynamonem, którego nie cierpiała, bo był dla niej stanowczo za słodki, o dziwo skojarzenie to idealnie pasowało do cynamonowej Cyntii.

Piętnastoletnia Cyntusia była chyba najgłupszą istotą, jaką widział świat, swoim brakiem inteligencji przewyższała nawet matkę, co było ogromnym (i chyba jej jedynym) osiągnięciem. Obie o platynowym kolorze włosów i z różowymi tipsami, co piątek chodziły do kosmetyczki i do fryzjera, a dwa razy w tygodniu uczęszczały do klubu fitness. Oczywiście nigdy nie zabierały ze sobą „córki ojca”, jak zwykły nazywać Liri.

Chociaż blondynki bardzo się starały, to nadal były okropnie brzydkie, czego zresztą nie były świadome. Cyntusia była dokładną kopią matki i miała ogromne niebieskie oczy, które mogłyby być ładne, gdyby nie fakt, że znajdowały się z dwadzieścia centymetrów od siebie, jej naturalnie wąskie wargi były pełne botoksu. Kiedy Cyntia się uśmiechała to wyglądała jakby za chwilę miała zwymiotować na swojego rozmówcę. Jej platynowa grzywka opadała na lewą część opalonej w solarium twarzy i sięgała aż koniuszka garbatego nosa.

Pomimo brzydoty Cyntii wszyscy w szkole uważali ją za najładniejszą dziewczynę, ponieważ chodziła w markowych rzeczach i z daleka świeciła diamentami jaśniej niż bożonarodzeniowa choinka. Swoje koleżanki obsypywała licznymi prezentami, które przywoziła z zagranicznych podróży. Kiedy państwo Griffiths wyjeżdżali na wakacje to Liri zostawała pod opieką sąsiadki. Oczywiście dziewczyna nie zaliczała się do „państwa Griffiths”, ponieważ nosiła nazwisko po matce.

Szesnastoletnia Liriope Filorai była dokładnym przeciwieństwem Cyntusi. Blada dziewczyna miała długie do pasa kasztanowe loki i duże, orzechowe oczy, które otaczały gęste i czarne rzęsy. Pełne i kształtne wargi z całą pewnością nie potrzebowały botoksu. Miała kości policzkowe jak modelki z kolorowych czasopism. A mały nosek był idealnie prosty.

Liri była piękna i w niczym nie przypominała swojego ojca z czarnymi, obciętymi na jeża włosami i niebieskimi oczami, które byłe zimne jak lód. W przeciwieństwie do żony i córek mężczyzna był bardzo otyły. Marlene i Cyntia wyglądały jak żywe szkielety. A Liri była szczupła, ale miała kobiece kształty.

Dziewczyna nie była w stanie znaleźć ani jednej wspólnej cechy wyglądu i charakteru ze współlokatorami. Jedynymi bliskimi dla niej osobami były jej najlepsza przyjaciółka Lizzie, z którą chodziła do klasy i starsza o dwa lata Vivien, która pracowała w sklepie muzycznym.

Liriope wstała z łóżka i podeszła do regału z książkami. Książki, czyli to, co Liri kochała, a czym Cyntia się brzydziła. Położyła się na łóżko i ze słuchawkami na uszach pogrążyła się w lekturze. Po jakimś czasie usnęła, a ze słuchawek, które wypadły jej z uszu cicho płynęły piosenki Slipknota, Nirvany i Iron Maiden.

Skull.

3 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) za chwilę dodam pierwszą część drugiego rozdziału :D zachęcam do przeczytania

      Usuń
  2. Cudownie piszesz, po prostu rewelacja!
    Jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej.
    Czekam... ; )

    OdpowiedzUsuń