wtorek, 18 grudnia 2012

II Krew Vivien cz. II


Liriope pospiesznie wyszła i ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Idąc nierównym chodnikiem gorączkowo rozmyślała o tym, co przed chwilą się wydarzyło. Dlaczego tak zareagowała? Vivien wyglądała na przestraszoną jej reakcją. Szczerze mówiąc Liri jej się nie dziwiła, sama była w szoku. Normalni ludzie nie mają ochoty odgryźć komuś palca na widok kropelki krwi. Liri nigdy nie była normalna, ale nie była też psychopatką.

Po kilku minutach siedziała na przystanku. Plastikowa ławeczka nie była najwygodniejsza, ale według rozkładu do przyjazdu autobusu pozostało dziesięć minut, więc Liriope nie miała dużego wyboru. Obserwowała swoje trampki i bezwiednie bawiła się pierścionkiem.

Odkąd tylko dwa lata temu palce urosły jej do odpowiedniego rozmiaru, Liri nie ściągała srebrnego pierścionka z rubinowym oczkiem. Była to jedyna pamiątką po matce. Nie miała nawet jej zdjęcia, bo ojciec wszystkie spalił, kiedy dziesięcioletnia Liriope próbowała ukraść album z jego gabinetu. Dlatego ten pierścionek stanowił dla dziewczyny niewidzialną więź ze zmarłą mamą. Chociaż w jej mniemaniu było to głupie i nigdy nikomu się do tego nie przyznała, to wierzyła, że jest on swego rodzaju tarczą, która ją chroni.

Okazało się, że rozkład nie kłamał i po dziesięciu minutach dziewczyna jechała autobusem do szkoły. Wysiadając na swoim przystanku, spojrzała na zegarek i stwierdziła, że ma jeszcze pół godziny do rozpoczęcia lekcji, ale nie mając lepszego pomysłu, ruszyła w stronę szkoły.

Kiedy Liriope pchnęła szklane drzwi i przekroczyła próg, przekonała się, że korytarz pełen metalowych szafek jest pusty. Właśnie trwała pierwsza lekcja. Ruszyła przed siebie, a odgłos jej kroków niósł się pustym korytarzem. Liri przysiadła na drewnianej ławce między szafkami i czekała, czytając nową powieść fantastyczną ulubionej autorki.

Równo z dzwonkiem z klas powypadali uczniowie i po chwili na korytarzu zapanował zwykły, szkolny harmider.

- Hej, mała! – Wysoka i chuda Azjatka nachylała się nad Liri. Dziewczyna miała krótkie, czarne włosy i pomalowane czerwoną szminką usta. Skośne, ciemne oczy otoczyła czarną kredką.

- Cześć, Lizzie – Liri uniosła wzrok znad książki i stwierdziła, że jej najlepsza przyjaciółka ma dziś niespożyte pokłady energii, zawsze potrafiła to w niej rozpoznać.

- Jak leci? – Spytała Liz uśmiechając się szeroko, a potem kopnęła lekko swoim glanem tenisówki Liriope – gdzie masz glany?

- Marlene skonfiskowała mi je za krzyczenie w nocy – odparła Liri wstając z ławki.

- Krzyczałaś w nocy? Pogięło cię? Gruby musiał dostać szału – mówiła, Lizzie, kiedy przeciskały się przez grupkę wrzeszczących uczniów z młodszej klasy.

- Krzyczałam przez sen, Lizzie. A ojciec nawet się nie obudził. Za to Marlene dostała szału – zaśmiała się Liri – mam szlaban na jej ohydne desery. Straszne, co nie?

- Okropne. Będzie ci brakować spalonych ciasteczek i za słodkich budyniów – parsknęła Liz - lubię poniedziałki! Jedyny dzień, kiedy sześć na siedem lekcji mamy razem! Co mamy pierwsze?

- Angielski – odpowiedziała Liri, która też lubiła poniedziałki z tego samego powodu.

- Wiesz, jesteś dziś jakaś inna – Lizzie mierzyła przyjaciółkę wzrokiem – coś się stało?

Liriope i Liz przyjaźniły się od pierwszej klasy szkoły podstawowej i zawsze tak szczęśliwie się składało, że udawało im się pójść do tej samej szkoły. Była to głównie zasługa rodziców Lizzie, którzy bardzo kochali córkę i pozwalali jej samej wybierać szkoły, ale lubili też Liri i cieszyli się, że ich pociecha ma tak wspaniałą przyjaciółkę. Liriope zawsze z zazdrością patrzyła na ich rodzinny dom i zawsze czuła się w nim lepiej niż we własnym. Jednak nie był to ten negatywny rodzaj zazdrości i dziewczyna cieszyła się, kiedy Liz zapraszała ją do siebie.

- Wszystko w porządku. Jestem zmęczona, bo źle spałam – Liri uśmiechnęła się do przyjaciółki.

- Właśnie, dlaczego krzyczałaś przez sen? – Liz zrobiła podejrzliwą minę.

- Miałam okropny sen, – kiedy szły do klasy Liriope niechcący potrąciła jakiegoś dryblasa ze starszej klasy i ten posłał jej groźne spojrzenie.

- Ten, co zawsze? Las i istota w kapturze? – Lizzie posłała dryblasowi paskudny uśmiech zalatujący śmiercią i znacząco spojrzała na swoje glany.

- Tak – Liri pokiwała głową.

Przyjaciółki weszły do klasy i usiadły w swojej ławce, stojącej w ostatnim rzędzie.  Po chwili zadzwonił dzwonek i reszta uczniów weszła do klasy.

- Jak leci, lesbijki?! – Krzyknął wysoki blondyn do Liri i Liz, a klasa zawtórowała mu śmiechem.

- Idiota – mruknęła Lizzie do Liri, ale nie powiedziała nic na głos, nie miała zamiaru zniżać się do poziomu Adama.

Oczywiście Lizzie i Liriope nie były lesbijkami, ale z racji tej, że trzymały się zawsze razem i wyraźnie nie pasowały do reszty społeczeństwa, nieustannie były wyzywane. Ich odmienny styl rzucał się w oczy. Dziewczyny najczęściej ubierały się na czarno, nosiły glany i koszulki z nazwami zespołów, paznokcie malowały na czarno, a usta na czerwono. Chociaż akurat usta tyczyły się głównie Liz. Generalnie przyjaciółki były otoczone „dziećmi szpanu i techno” jak zwykły ich nazywać.

- Witam! Drodzy uczniowie! Mamy dziś piękny, wiosenny dzień – wykrzyknął od progu niski i siwy mężczyzna, wkraczając energicznie do klasy.

- Co ja widzę – szepnęła Liz na ucho przyjaciółce – stary Twain w dobrym humorze! Na pewno będzie o Williamie.

- William Shakespeare będzie dziś tematem naszej lekcji – zawołał z entuzjazmem nauczyciel, zapisując temat na tablicy.  

Lizzie i Liriope zachichotały, a cała klasa jęknęła głośno. William Shakespeare był najczęstszym tematem lekcji języka angielskiego.  

*

Po siedmiu godzinach męczarni Liriope i Lizzie z ulgą wydostały się ze szkoły. Pobiegły na przystanek i w ostatniej chwili wskoczyły do odjeżdżającego autobusu. Pierwsza wysiadała Lizzie, więc resztę drogi Liri spędziła słuchając muzyki. Kiedy wysiadła na przystanku zorientowała się, że nie widziała Cyntii w autobusie, ale w szkole też jej nie zauważyła. Z całą pewnością księżniczka udała się z matką, żeby wybrać sukienkę. Liriope westchnęła i ruszyła do domu.

Kiedy Liri przekroczyła próg domu, zobaczyła stojącą na korytarzu Cyntusię ubraną we wściekle różową sukienkę. Marlene krzątała się przy córce i poprawiała ewentualne niedoskonałości w wyglądzie Cyntii.

- Wychodzę na imprezę do Caroline – oświadczyła Cyntia, kiedy zobaczyła Liri – czyżbyś nie została zaproszona? Jaka szkoda.

- Wybacz, ale nie chodzę na spotkania odmóżdżonych kaczek – warknęła starsza dziewczyna.

- Liriope! Ostrzegam cię! – Powiedziała Marlene groźnym głosem.

- Kaczek? Dlaczego kaczek? – Zapytała Cyntia z głupią miną.

- Spójrz na swoje usta. Nie przypominają nic oprócz dziobu kaczki – westchnęła Liri.

- Chcesz, żeby ojciec się dowiedział? Nie będzie zachwycony, kiedy mu powiem, że brzydko się odzywasz do Cyntusi – Marlene patrzyła na Liri z dziką satysfakcją w oczach.

Liriope nie odpowiedziała. Wbiegła po schodach na górę i weszła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na zasuwkę, którą kiedyś zamontowała jej Lizzie, kiedy Liri przyszła do szkoły z nowym zestawem siniaków i powiedziała Liz, że ojciec znowu ją pobił. Tego samego dnia odważna Lizzie Tao wkroczyła do domu państwa Griffiths z wiertarką i zamocowała na drzwiach pokoju Liriope metalową zasuwkę. Kiedy Benjamin wrócił z pracy dostał szału, ale nie mógł pobić córki, kiedy ta zamknęła się w pokoju.

Liri rzuciła plecak na łóżko i usiadła przy biurku. Z plakatu wiszącego na ścianie, patrzył na nią Ronnie James Dio. Dziewczyna wyjęła podręczniki i zabrała się za odrabianie pracy domowej pod czujnym okiem Dio. Ona i Lzzie miały najlepsze stopnie spośród uczniów swojego rocznika. Ale oczywiście Benjamin udawał, że nie zna ocen córki.  

Kiedy Liriope odrobiła lekcje, pogrążyła się w lekturze książki. A gdy zaczął padać deszcz zamknęła usytuowane nad łóżkiem okno, żeby nie zmokła jej pościel. Popołudnie mijało leniwie i spokojnie. Jednak po powrocie Benjamina z pracy czar prysł.

- Liriope! Na dół! – Krzyknął ojciec wchodząc do domu.

Zastanawiając się, co takiego znowu zrobiła, dziewczyna zeszła na dół.

- Zdaje się, że przyszedł list do ciebie – wycedził przez zaciśnięte zęby Benjamin, wyraźnie rozzłościło go to, że ktoś ośmielił się zostawiać list jego córce – nie wiem, kim jest nadawca, ale ma wyjątkowo dziwny sposób adresowania swoich przesyłek! To z pewnością ta nienormalna Chinka, która zamontowała ci zasuwkę w sypialni dwa lata temu. Głupia dziewucha.

Liriope chciała powiedzieć, że Lizzie pochodzi z Japonii, ale ugryzła się w język. Wzięła od ojca kopertę, na której ktoś wypisał szkarłatnym atramentem:

Dziewczyna z kasztanowymi włosami.
Ubrana w dżinsy i czarną koszulkę z Joan Jett.
Na palcu nosi srebrny pierścionek z rubinowym oczkiem.  



Mała notatka od autorki: Mile widziane są wszystkie uwagi : ) Liczę na więcej komentarzy ; ) Zachęcam też do zapoznania się z zakładką "Postacie", którą znajdziecie w dziale "Strony" nad "Archiwum bloga" : ) 

Skull. 

8 komentarzy:

  1. To twoja pierwsza książka?? Fajnie się zapowiada. Z niecierpliwością czekam na dalsze rozdziały :)
    Powodzenia =]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsza, którą publikuję :) Dziękuję, nowy rozdział pojawi się w środę lub w czwartek :)

      Usuń
  2. Nie przepadam za takim gatunkiem, ale to jest naprawdę świetne. Wyczekuję następnych rozdziałów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję bardzo! Cieszę się, że się podoba :) Nowy rozdział dzisiaj lub jutro :D

      Usuń
  3. świetne, Świetne, ŚWIETNE!!
    kocham ♥.♥
    czekam na następne rozdziały.. ; )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuuuuuję! Bardzo mnie cieszą tak pozytywne komentarze! Postaram się dodać nowy rozdział dzisiaj lub jutro :)

      Jeśli możesz to poleć mojego bloga znajomym :) Będę wdzięczna :)

      Usuń
    2. Właśnie miałam taki zamiar.. ; )
      mam koleżankę, która uwielbia taki styl ,więc pewnie będzie zachwycona.. : D

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że jej się spodoba! :D
      Dziękuję za polecenie bloga, to bardzo miłe :)

      Usuń