sobota, 22 grudnia 2012

III Czerwona Świnia cz.II


Liri westchnęła i złapała za klamkę. Kiedy przekroczyła próg, dzwonek, który wisiał nad drzwiami obwieścił jej przybycie. Dziewczyna doznała szoku, kiedy zobaczyła, że bar jest pełen ludzi, ale jej uwagę przykuł także wystrój.  Wnętrze baru było wyjątkowo obskurne. Podłogę wyłożono białymi i czerwonymi płytkami w motyw szachownicy. Ściany pokryto bordową tapetą, która odklejała się przy suficie i podłodze. Zamiast zwykłych stolików było tu osiem boksów z czerwonymi kanapami. Na ścianach wisiały plakaty z nazwami lokalnych zespołów, podobiznami sławnych ludzi, planami metra, ale także z wizerunkami gwiazd porno. Widoczność była bardzo ograniczona, ponieważ w powietrzu unosił się gęsty dym. Prawie każdy z obecnych trzymał w ręce zapalonego papierosa.

A była to zbieranina ludzi wyjątkowo dziwnych. Na prawo od drzwi, przy automacie do gry stał staruszek, siwiuteńki i wychudzony, ubrany był w skórzane spodnie i kurtkę, nieprzerwanie przeklinał i kopał w maszynę, kiedy nie udawało mu się wygrać. W pierwszym boksie na prawo siedziały cztery kobiety. Każda z nich miała inny kolor włosów: jedna z limonkowym, druga z turkusowym, trzecia z fioletowym i czwarta z pomarańczowym. Przy barze łysa kobieta w kwiecistej sukni kłóciła się z kelnerką. Oprócz tego byli tam też trzej motocykliści, babcia z mnóstwem kolczyków, łysy mężczyzna w wysokich butach, kobieta w samym stroju kąpielowym i cała masa innych dziwaków.

Liriope nie była pewna, co zrobić, zastanawiała się, czy na pewno dobrze trafiła, ale ulica i numer się zgadzały, była tego pewna. Z pewnym wahaniem ruszyła w stronę wolnego boksu, obawiając się reakcji obecnych tu ludzi, ale nikt nie zwracał na nią uwagi, więc usiadła na kanapie i wsunęła się jak najdalej w głąb boksu. Po chwili podeszła do niej kelnerka z mnóstwem tatuaży i żółtymi włosami, na których miała czarne pasemka. Kobieta zostawiła na stole popielniczkę i menu, a potem odeszła. Liri pomyślała, że dziewczyna przypomina jej Pikachu ze względu na tą fryzurę i mocno pomalowane różem policzki.  

Liri rozejrzała się po sali i zaczęła się zastanawiać, która z tych kobiet jest Niną. Miała nadzieję, że nie jest to babcia z kolczykami lub blondynka w stroju kąpielowym, obie nie wyglądały przyjaźnie. Dziewczyna zajrzała do karty, spodziewała się, że znajdzie tam takie pozycje jak pieczone świnki morskie, zupa z karaluchów i surowe wiewiórki w sosie karmelowo – śledziowym. Ale okazało się, że w barze podawano głównie hamburgery i pizzę. Po krótkim namyśle stwierdziła, że bezpiecznie będzie zamówić Colę.

Liriope sączyła napój przez słomkę i gapiła się przez okno. Właśnie zaczął padać deszcz i nad miastem zebrały się ciemne chmury. Dziewczyna zaczynała się już niecierpliwić, od dwudziestu minut siedziała sama w barze pełnym czubków. W chwili, kiedy zamierzała poprosić o rachunek, a potem wyjść, do jej stolika podeszła kobieta.

Przybyła miała proste, ciemne włosy, które zebrała w kitkę. Jej rysy twarzy były wyjątkowo piękne, usta pełne, pomalowane różaną szminką. Kobieta była wysoka i szczupła. Miała na sobie czarne oficerki, jeansy, szary sweterek i ociekający wodą płaszcz przeciwdeszczowy.

- Nina Slepkovsky – powiedziała uśmiechnięta kobieta, podając Liri dłoń z pomalowanymi na czerwono paznokciami – przepraszam za spóźnienie.

- Liriope Filorai – siedząca przy stoliku uścisnęła wyciągniętą rękę.

Nina zdjęła płaszcz i usiadła naprzeciwko Liri, składając dłonie na stoliku i patrząc dziewczynie w oczy.

- To ja zostawiłam list w twojej skrzynce – zaczęła ciemnowłosa – zdaję sobie sprawę z tego, że masz do mnie mnóstwo pytań. I wiem, że ta sytuacja jest bardzo… dziwna. Ale pozwól mi wszystko wyjaśnić.

- Zamieniam się w słuch – odparła Liri, patrząc w ciemne oczy kobiety.

- Dobrze. Nazywam się Nina Slepkovsky i mam 534 lata. Odziedziczyłam po mojej matce identyczny pierścionek jak ty – Kobieta uniosła lewą dłoń, na której rzeczywiście nosiła identyczną biżuterię – a oprócz tego odziedziczyłam po niej dar. Jestem Meduzą. I ty też jesteś.

Liri wytrzeszczyła oczy. Co za stek bzdur? 534 lata? Meduza? Jak można być meduzą?

- Twierdzisz, że jestem galaretką z mackami, którymi mogę parzyć ludzi. Serio? I że masz 534 lata? – Liriope spojrzała na Ninę kpiąco – wiesz, to się leczy. Psycholog i te sprawy.

Nina wybuchła śmiechem.

- Galaretka z mackami! – Wykrzyknęła kobieta – nie o taką meduzę tu chodzi! Znasz, chociaż trochę mitologię? Meduza to jedna z córek Forkosa, kobieta z wężami na głowie.

- No tak… I twierdzisz, że my obie nią jesteśmy? -  Liri przewróciła oczami.

- Nie zupełnie nią. Jesteśmy jej potomkami – Nina miała śmiertelnie poważną minę – jesteśmy zmiennokształtne. Potrafimy zamieniać się w Meduzy, które są bardzo szybkie i zwinne, wzrokiem zamieniają żywe istoty w kamień i mają skrzydła, więc potrafią latać.

- Dość tych bzdur! Może i znałaś moją matkę, ale musiałaś od tego czasu oszaleć albo też moja mama dziwnie sobie dobierała znajomych – powiedziała, Liri, podnosząc się z miejsca.

- Zaczekaj! Mówię prawdę! – Krzyknęła Nina.

Ale Liriope zostawiła pieniądze za Colę na stoliku i już szła w kierunku drzwi, i wcale nie miała zamiaru zaczekać. Dziewczyna wyszła z baru. Powitał ją zacinający w twarz deszcz i silny wiatr. Ruszyła przed siebie, chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłym łóżku z kubkiem herbaty. Jednak ledwo zrobiła kilka kroków, a usłyszała, że ktoś ją woła. Z pewnością Nina. Liri odwróciła się na pięcie i chciała powiedzieć, żeby kobieta dała jej spokój, ale głos uwiązł jej w gardle…

Na parkingu stała, a raczej stało… Coś. Na głowie zamiast włosów miało wijące się, czarne węże. Oczy były żółte z pionowymi źrenicami, całe ciało pokryte było skórą gada w kolorze identycznym jak żywe „włosy”. Twarz była spłaszczona, w miejscu nosa widniały dwie pionowe szparki. Uśmiech odsłaniał drobne i przeraźliwie ostre ząbki. W miejscu paznokci były ostre i długie szpony. Zza pleców wystawały czarne, błoniaste skrzydła. Stworzenie miało na sobie ubrania i buty Niny.

Liriope stała jak zaklęta. Była w takim szoku, że nie mogła się ruszyć. Dopiero, kiedy istota zrobiła krok w jej stronę, dziewczyna otrząsnęła się. Odwróciła się i pobiegła przed siebie najszybciej jak tylko potrafiła.

Biegła aż do samego przystanku, gdzie wskoczyła do tramwaju, nie sprawdzając, jaki ma numer. Tam usiadła na plastikowym krzesełku. Była przemoczona do suchej nitki, włosy przykleiły jej się do twarzy, nogi drżały, serce waliło jak oszalałe, a płuca odmawiały posłuszeństwa. To nie mogła być prawda. To musiał być sen. To nie mogło się wydarzyć naprawdę. Zaraz się obudzi i wszystko będzie dobrze. Ale tramwaj jechał dalej, a Liri wcale się nie obudziła. Nie obudziła się też, kiedy przesiadała się do autobusu i kiedy szła do domu, i kiedy, zignorowawszy pretensje Marlene, że wnosi błoto do domu i jest cała mokra, szła do pokoju. 

 Zamknęła drzwi i drżąc na cały ciele z zimna i przerażenia, zaczęła ściągać mokre ubrania. Liri przebrała się w dresy i usiadła na łóżku. Rozczesując wilgotne włosy, które teraz były w totalnym chaosie, słuchała muzyki. To nie mogła być prawda. Musiało jej się coś przywidzieć. Tylko jej się zdawało. Jutro się obudzi i wszystko będzie normalnie. Ojciec będzie krzyczał. Marlene będzie narzekać. Cyntia będzie prosić o kolejną sukienkę, a Liri będzie zwykłą, szarą myszką. Będzie normalnie. Musi być. 

Notatka od Autorki: Wiem, trochę krótkie. Ale za to dużo się dzieje! Mam nadzieję, że spodoba wam się nawiązanie do mitologii. Piszcie, co o tym sądzicie : ) W zakładce "Postacie" pojawiła się już Nina : D Sprawdźcie jak wygląda! : )  

Skull. 
                                                                                      



4 komentarze: